Wróciłem do Polski kilka dni temu. Wypoczywam i dobrze się bawię, słuchając piewców drugiej Irlandii.
Dziś rano, kiedy wracałem z zakupów, zostałem zaczepiony przez bezrobotnego z sąsiedniej ulicy. Człowiek ten poprosił mnie o pożyczenie kilku złotych. „Bieda mnie przycisnęła” - szepnął zawstydzony. Widziałem nieraz, jak nosił złom, puszki, szkło. Niekiedy prosił o jakąś pracę, ale nigdy o pieniądze. Zawsze był trzeźwy. Jeden z setek tysięcy, może milionów, niezaradnych, zepchnętych na margines życia w Polsce.
Pomyślałem, że być może to znak nadchodzących gorszych czasów. Co prawda, minister Rostowski zapewnia, że kryzys Polski nie dotknie ( „Nie trzeba bać się kryzysu” ), w czym wtóruje mu Balcerowicz, powtarzając mantrę „nie widzę kryzysu”( 1 , 2 , 3 ), wiele jednak wskazuje, że nadchodzi katalizm. Oto dowiadujemy się z mediów, że następuje spowolnienie gospodarcze, że przewidywany jest wzrost bezrobocia, że wiele dużych i małych przedsiębiorstw nie osiąga zysku i że w związku z tym będzie lawina upadłości.
Znajomy radca prawny obsługujący polskie i zagraniczne firmy już jakiś czas temu powiedział mi, że wielu jego klientów narzeka na nieopłacalność produkcji eksportowej w Polsce spowodowanej umacnianiem się złotego. Jednak wiceminister gospodarki Szejnfeld twierdzi, że „Poważny wzrost wartości złotego nie osłabił polskiego eksportu. Wszystkich tez, że wzrost wartości złotego niszczy i zabija eksport nie potwierdzają statystyki”Szejnfeld o mocnej złotówce
Może bym uwierzył optymistom z rządu Tuska, gdyby nie skrzecząca rzeczywistość. Mieszkam na terenach, które można określić mianem „zagłębia pieczarkowego” i słyszę od kolegów produkujących pieczarki, że eksport przestaje się opłacać, a to właśnie on był podstawą sprzedaży tych grzybów. Podobnie jest w branży drzewnej i w firmach transportowych. Już wiosną tego roku rozpoczęły się masowe zwolnienia w wielu tartakach i zakładach konfekcji drzewnej. Tylko w jednej firmie działającej opodal mnie poważnie ograniczono produkcję i zwolniono 200 pracowników. Druga firma produkująca meble na eksport jest w tak poważnych tarapatach, że ogłosiła upadłość. U jeszcze innego znajomego zajmującego się transportem TIRy stoją na parkingu. To tylko przykłady szerszego zjawiska. Tymczasem ministrowie Tuska głoszą heglowską tezę, że jeśli fakty przeczą teorii, to tym gorzej dla faktów. Że też muszą się nasi filozofowie z PO i PSLu tak męczyć w polityce, miast w zaciszu naukowych gabinetów rozważać największe tajemnice Bytu.
Zbigniew Chlebowski - rolnik z wykształcenia i były burmistrz Żarówa wprost stwierdza, że prawo do wygłaszania publicznych opinii powinni mieć tylko ludzie kompetentni, czyli liderzy Platformy ( Niech w tych sprawach wypowiadają się ludzie, którzy są kompetentni ) , natomiast taka Aleksandra Natalli-Świat – absolwentka wrocławskich uczelni ekonomicznych mundra nie jest i nie wiadomo jakim prawem proponuje rozmowy rządu, opozycji, instutucji finansowych państwa i strony społecznej w sprawie jakiegoś wydumanego przez lubiący straszyć Polaków PiS kryzysu.
No bo co to za kryzys, który dotyczy banków zagranicznych ( ile banków w Polsce jest własnością zagranicznych lichwiarzy, bo nie pomnę? 70? 80 procent? ). Co to za problem, że eksport staje, firmy upadają, praca za granicą przestaje się opłacać a w Polsce jej nie ma, Irlandczycy i Anglicy sami mają problemy i już za bardzo nas nie chcą, ceny energii rosną w zatrważającym tempie (miał na kopalni po 400 zł za tonę, węgiel na składzie po 800 i więcej złotych), z funduszy emerytalnych wyparowały miliardy... To nie są wielkie problemy według mędrców Tuska. Rząd się sam wyżywi, że przypomnę “klasyka propagandy”.


Komentarze
Pokaż komentarze (46)