Bękart peerelu, czyli Trzecia RP, jest tworem pokracznym: krajem ludzi wolnych, lecz niesuwerennym i – jak czytamy w konstytucji /art. 20/ – ze społeczną gospodarką rynkową, czyli prywatną i jednocześnie de facto podwieszoną pod urzędniczo-polityczny wózek.
PiS przed dojściem do władzy zapowiadał tanie państwo i zerwanie korupcjogennych powiązań biznesu z polityką, ale później jakoś niespecjalnie szło odrywanie ryjów od koryta. Dziś, gdy przy władzy jest ekipa PO-PSL, sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Mój znajomy pracujący na stanowisku kierowniczym w dużej placówce publicznej komentuje, że tak źle nie było nawet za komuchów z SLD. Tylko zmiana na stanowiskach kierowniczych w spółkach skarbu państwa wyniesie nie mniej niż 100 mln zł. Przypominam, że kiedy za Mazowieckiego tworzono te spółki, można było usłyszeć, że to tylko chwilowe rozwiązanie, które najprawdopodobniej nie potrwa dłużej niż pół roku, tymczasem jak każda prowizorka spółki SP istnieją już dwadzieścia lat. Spółki państwowe (czytaj: Rady Nadzorcze dla partyjnych kumpli) to jeszcze nic, gorsza od nich jest inna pasożytnicza narośl – wszelkiego rodzaju Fundusze i Agencje, które połykają co roku jakieś 30 % budżetu, a pozostają w zasadzie poza kontrolą parlamentu. Miały być likwidowane już kilka lat temu, ale mają się dobrze, wszak tą drogą daje się zasysać dużą publiczną kasę. Dla niepoznaki zmieniane są tylko niekiedy szyldy, ale strumień naszej gotówki płynie do kieszeni wybrańców.
Kolejna sprawa. Platforma Obywatelska zapowiadała, że po dojściu do władzy znacząco uprości wszelkiego rodzaju procedury i przepisy prawne. Co zamiast tego mamy? Najpierw podziwialiśmy przez niemal rok tak pełne projektów ustaw szuflady Platformy, że parlament nie miał czego procedować, aż w końcu późną jesienią ubiegłego roku nastąpił wysyp “lodziarskich” aktów prawnych, co i rusz wetowanych przez prezydenta. Nawet życzliwi Platformie przedstawiciele gospodarczego lobby zgodnym chórem twierdzą, że rząd Jarosława Kaczyńskiego był w tej mierze znacznie lepszy od Tuskowego (pisałem o tym m.in. w lutym zeszłego roku ( http://kisiel.nowy.salon24.pl/59928.html ). Może ktoś powiedzieć, że to z powodu nieobecności w PO Jana Marii Rokity, który gromko zapowiadał usunięcie co najmniej jednej trzeciej prawnej piramidy kneblującej nasze życie. No, ale jeśli wiarygodność i skuteczność PO miałaby zasadzać się na jednym człowieku, cóż warta byłaby taka partia?
Tak dla przykładu jeszcze inny, aktualny kwiatek. W dzisiejszej Gazecie Prawnej możemy przeczytać, że nowo wybudowane budynki (mieszkalne również) będą musiały posiadać tzw. certyfikaty energetyczne przed oddaniem do użytku. Podobno chodzi o to, by nabywca był świadomy, jakiej klasy energetycznej obiekt kupuje. Tak jak z lodówką, czy pralką. Tyle, że nie rozumiem, w jaki sposób urzędowa pieczątka wpłynie na ograniczenie zużycia energii w budynku, a bez papierka też przecież widać, jaki koń jest, tzn., czy posiada docieplenie i jakiego typu ma instalacje? Zresztą, jak znam życie, papier wszystko przyjmie. Pytanie tylko, za jakie pieniądze? Ponoć, jak czytałem w necie, będzie to kosztować jakieś marne 1500 złociszy (nie mniej niż 360 euro; w innych krajach Unii od 50 do 200 euro). Czuję, że znów jakaś banda cwaniaków, chce nas złupić na kolejne datki pod pozorem dochodzenia do standardów europejskich.
Mój dawny dyrektor, a był to człek obznajomiony z funkcjonowaniem machiny państwowej, bo i partyjny był i człowiek służb, powiadał, że państwem rządzą urzędnicy a nie politycy. Może coś w tym jest na rzeczy, bowiem kolejne ekipy „rządzące” zmieniają się jak w kalejdoskopie, a walec instytucji państwowych jak rozgniatał nas na placek, tak nadal rozgniata.
http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/103136,nie_zamieszkamy_w_nowym_domu_bez_certyfikatu.html
http://biznes.onet.pl/1,12,8,52049456,139862428,5972993,0,forum2.html


Komentarze
Pokaż komentarze (9)