@Marek Migalski
Z należną uwagą zapoznałem się z Pana ostatnią notką, w której twierdzi Pan, ze zostały nam 2 miesiące żeby skoordynować pracę nad polskim stanowiskiem na przyszły szczyt unijny w styczniu. Zgadzam się - niezaprzeczalnie - że potrzebne nam jest teraz ponadpartyjne porozumienie. Bo w Unii nie jesteśmy Platformą Obywatelską, PiS-em, czy nawet prawicowcami czy lewicowcami. W Unii Europejskiej jesteśmy Polakami i jakikolwiek podział może tylko osłabić nasze stanowisko w sprawie budżetu. Ba! Myślę, że w tym momencie spoczywa na nas wręcz historyczna odpowiedzialność, bo równocześnie jesteśmy reprezentantami stanowiska kilku innych krajów, które słusznie liczą na nas, jako na ambasadorów swych interesów. Następne dwa miesiące będą też dla Polski sprawdzianem - jak radzimy sobie jako nie tylko indywidualność, ale przywódca/ ważny członek większej koalicji.
Zazwyczaj widzę szklankę do połowy pełną, tym razem jednak mam wrażenie, że optymizm jest wręcz niepoprawny. Równocześnie bowiem od osoby udzielającej się w polityce - choćby tej mniej doświadczonej - oczekuje się minimum realizmu. W tym przypadku oznacza to stwierdzenie, że sprawa budżetu unijnego stanie się obiektem kolejnej batalii politycznej wewnątrz Polski. Inspirowaną po obu stronach, co chyba jest tu najgorsze. Pierwsze tego zapowiedzi widzieliśmy przed szczytem, kiedy PiS postanowił odpowiedzieć na oczekiwania rządu Donalda Tuska (a właściwie posłów PO) twierdzących, że "inicjatywa leży po stronie Kaczyńskiego". To oczywiście kompletny absurd, bo oczekiwanie od Jarosława Kaczyńskiego, że przekona Camerona będąc w jednej eurofrakcji do stanowiska Polski jest tym samym co oczekiwanie od Tuska analogicznych działań w kontekście Nordstreamu i Angeli Merkel. Tusk sprowokował, Kaczyński wykorzystał. To dobitnie pokazuje jak bardzo POPiS jest uzależniony od polityki fałszu i konfliktu - pozwolę sobie nawet stwierdzić - wewnątrz tej swoistej koalicji.
Przewrotnie jednak podsunę Panu, Panie Migalski, ofertę którą rad byłbym gdyby przekazał Pan wysokim przedstawicielom PO i PiS w europarlamencie. Otóż jako doświadczony mediator polecam swe skromne usługi dla dobra naszego Państwa. Jestem w stanie pogodzić obie zwaśnione strony tego niszczącego konfliktu i wypracować jedno stanowisko naszej delegacji. Nie jestem gołosłowny! Jako osoba wychowana w domu pełnym kobiet, mogę śmiało stwierdzić, że skille rozjemcze stoją u mnie na wysokim poziomie. Ileż to bowiem razy musiałem rozwiązywać konflikty między matką a siostrą, które kłóciły się o ustawienie kurczęcia w brytfannie, niemal dobierając się do oczu sobie nawzajem? Mnóstwo! Sytuację dodatkowo pogarszał fakt, że temperament matki - kaszubki, bynajmniej w tym wszystkim nie pomagał. Kolejny przykład, który mogę zamieścić jako potwierdzenie moich umiejętności - lata byłem instruktorem harcerskim, którego zadaniem było różne konflikty niwelować. A podopieczni potrafili się kłócić o wszystko! Głównie jednak o to który powinien udać się w danym momencie do kuchni. Rozwiązanie? Wysyłałem obu skonfliktowanych, co w konsekwencji sprawiało że dla własnego dobra pogodzić się musieli... przecież ile można pracować w towarzystwie osoby, której się nie lubi? No i jak zapewne przeczuwa Pan teraz, podobną taktykę zastosowałbym w przypadku Pana Tuska i Kaczyńskiego. Niechaj do Brukseli jadą razem, usiądą przy jednym stole i nawet śpią w tym samym hotelu. Kto wie? Może w końcu pogodzą się, w Polsce zapanuje pokój i dobrobyt, a sceny - takie jak na powyższym zdjęciu - nie będą już stanowić jedynie obiektu żartów czy naiwnych wspomnień publicystów, tylko wejdą w naszą polityczną codzienność?
Cóz. Czasami dobrze sobie pomarzyć.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)