0 obserwujących
25 notek
20k odsłon
  354   0

Sposoby promocji literatury czwartego obiegu

W mojej poprzedniej notce przedstawiłem znalezione w sieci fragmenty pewnej książki, jako przykład klasycznego grafomaństwa, które - jeśli nie jest w zarodku tępione - potrafi się rozprzestrzeniać jak najgorsza zaraza.

Czasy mamy takie,  że pisać i nawet wydawać  może niemal każdy, co jako żywo przypomina sytuację na rynku muzycznym, gdzie prawie każdy może nie tylko grać, ale również nagrywać to co sobie wymyśli i dzielić się tym nie tylko z kumplami, ale wręcz z całym światem, nawet zupełnie bezinteresownie.

Póki co jednak książek za darmo nikt raczej nie rozdaje, więc aby je sprzedać, konieczna jest reklama. Oczywiście w reklamowaniu książek nie ma nic złego, szczególnie dobrych. Z wytworami różnych grafomanów jest jednak trochę inna sytuacja, więc aby taka pozycja się sprzedała, powinna po pierwsze trafiać w tzw " zapotrzebowanie społeczne", czyli opisywać sytuacje i zjawiska, którymi żyje społeczeństwo, a przynajmniej ta jego część, która zalicza się do właściwego wg danego autora "targetu".

I tu dochodzimy już do meritum, powiązanego ściśle  z poprzednim wpisem.

O czym bowiem może napisać książkę redaktor naczelny lokalnej gazetki, rozdawanej bezpłatnie w sklepach, czy przez "umyślnych" na skrzyżowaniach ?  Jasne, że doskonałym tematem są lokalne afery, koterie i wszechobecne przekręty, do których oczywiście dochodzi dlatego, że nie rządzi prezes Kaczyński. No ale to tylko taki wtręt na marginesie.

Kiedy więc już taka książka zostanie napisana, to istnieje spora szansa, że kupią ją również ci, którzy w ogóle nie interesują się literaturą jako taką, na podobnej zasadzie, jak Taniec z Gwiazdami oglądać mogą osoby, które niespecjalnie interesują się tańcem, ale chętnie zobaczą np. tańczącego Gołotę, czy inną gwiazdę medialną. Biorąc "na warsztat" taką tematykę w zasadzie można być właśnie najzwyklejszym grafomanem  i liczyć na to, że ludzie i tak to kupią. W oparciu o podobne założenia kręci się przecież tysiące odcinków różnych seriali, które nie mają zupełnie nic wspólnego ze sztuką filmową i są wyłącznie "wypełniaczami" czasu antenowego.

Pozostaje więc tylko dotrzeć z opisaną quazi literaturą do wspomnianego wcześniej targetu, żeby autorowi zwrócił się wysiłek włożony w akt twórczy, a przy dobrych układach może i wpadło trochę kasy do skarbonki.

Jak to się robi ? Prześledźmy krótko akcję promocyjną "Kociej Mordy" :

Prasa lokalna drukuje opinię o książce swojego redaktora  naczelnego, napisaną przez jego byłego podwładnego, dziś znanego w wąskim kręgu pisarza. Oczywiście jest to opinia bardzo pochlebna, bo pisarz jest cwany i wie, że lepiej nie palić za sobą mostów. Kto wie, czy kiedyś znów nie przyjdzie mu pisać dla lokalnych gazetek, żeby związać koniec z początkiem.

Koledzy i znajomi debiutującego pisarza zamieszczają swoje peany na temat książki na profilu F/B autora, co z pewnością wprawia go w zachwyt, bo nic tak nie dowartościowuje, jak pochlebstwa koleżanek i kolegów, a najlepiej podwładnych z pracy, szczegolnie  byłych i starszych o dekadę.

Wyborcza milczy na temat książki, bo ma swoich faworytów i generalnie to spisek jest.

I w ten sposób rodzi się mit "prawdziwej" literatury niezależnej od Czerskiej i Empików, której połowa nakładu rozchodzi się już pod kilku dniach od wydania. Co prawda nie zawsze wiemy, ile to jest ta połowa, ale informacja robi wrażenie.

Na bardzo podobnej zasadzie funkcjonuje zresztą ów "recenzent" dzieła swojego byłego szefa, o którego "klasie" są przekoni wyłącznie ci, którym pozwala zamieszczać opinie o sobie na swoim blogu. Czy ktoś widział gdzieś "poważną" recenzję jakiejkolwiej książki pana Maciejewskiego ? Pisząc "poważną", mam na mysli taką, której autorem jest jakiś krytyk literacki  o uznanym dorobku, albo inny pisarz, z wyjątkiem jego kumpla. No dobrze, ponieważ to litearatura niszowa, to gotów jestem przeczytać nawet recenzję kogoś mniej znanego, ale niebędącego kolegą czy znajomym pisarza, lub osobą w jakikolwiek sposób związaną z nim "biznesowo". Ważne, żeby jednak nie był to ktoś zupełnie anonimowy, tylko osoba, które pisała również cokolwiek na temat innych autorów, spoza kręgu wzajemnej adoracji.

Chętnie zapoznam się z takimi materiałami, jeśli istnieją.

Jeśli nie istnieją, to oczywiście mogę sobie wyobrazić, jakie padną argumenty tłumaczące taki stan rzeczy, ale szczerze mówiąc obawiam sie, że nie trafią mi do przekonania :))

A przy okazji informuję, że nie jestem "z branży" i tutejsi panowie literaci nie stanowią dla mnie żadnej, najmniejszej nawet konkurencji. Nikt mi również nie płaci za moje wpisy tutaj i powstają one wyłącznie dlatego, że taką mam fantazję "twórczą". Tym razem miałem chęć pokazać pewne mechanizmy, które potępiają literaci trzeciego obiegu,  sami siedząć w syfie po uszy. Jednym z nich jest właśnie sposób promowania pisarzy oficjalnego  obiegu i ich dzieł, który wedle owych literatów jest chory i w zasadzie niereformowalny.

A takie "Kocie Mordy" to podobno światełko w tunelu, w którym już znajdują się "lokomotywy" Coryllusa, Toyaha i pewnie jeszcze kilku innych autorow, o których zapewne usłyszymy, o ile zechcą współpracować z właściwymi ludźmi i o ile ich ksiażki nie będą sprzedawne w Empikach, bo to jest podobno najlepszy dowód zaprzaństwa.

Tak z grubsza wygląda sytuacja na wolnym rynku książki na który rzuciłem okiem, bo to przecież jest blog o kulturze.

I proszę pamiętać, że głośne siorbanie jest niekulturalne, więc sugeruję powstrzymać się od niego w komentarzach.

 

K.G.

 

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale