20 obserwujących
984 notki
360k odsłon
705 odsłon

"Solidarność", 40 lat później...

Kampania "Solidarność. Not for sale". Zdjęcie z Tygodnika Solidarność - K.Mączkowski
Kampania "Solidarność. Not for sale". Zdjęcie z Tygodnika Solidarność - K.Mączkowski
Wykop Skomentuj49

Najważniejszym polskim osiągnięciem od 40 lat jest „Solidarność”. Wywarła wpływ nie tylko na polską politykę, ale dzięki tej polskiej rewolucji zmiany dokonały się w całej Europie.

Jakąkolwiek miarę do niej przyłożyć – polityczną, ideową, społeczną, gospodarczą, a nawet religijną – wychodzi, że „Solidarność” była i jest dla polskiej drogi do wolności i dla kształtu wolnej Polski doświadczeniem najważniejszym. Nie deprecjonuję w ten sposób wcześniejszych doświadczeń, wskazywanych latami 1956, 1968, 1970 i 1976, bo każde z nich wniosło niezwykle dużo do doświadczenia wolnościowego ruchu „Solidarności” w latach 80 i je wzmocniło, ale to właśnie „S” stała się przełomem w polskiej historii.

I nie zgadzam się z poglądem, że „S” okazała się tylko trampoliną do politycznych karier na początku lat 90., bo to wina poszczególnych ludzi, a nie „S” jako takiej. Bo jeśli mieć do kogokolwiek pretensje, to można je mieć do tych wszystkich, którzy tak dawniej, jak i obecnie próbują wykorzystać „S” do swoich celów. Różnica jest taka, że kiedyś „S” zabrała swój znaczek ruchowi komitetów obywatelskich, gdy uznała, że sytuacja zaczyna wymykać się Związkowi spod kontroli, a dziś „S” ostentacyjnie wspiera jedną partię. Ze szkodą dla samej siebie.

Choć winnych jest wielu.

Mam ogromne pretensje do polityków obecnie rządzących, którzy kwestionują zasady państwa, które jest dziełem wielkiej rewolucji „S”, jaka wydarzyła się w latach 80. i 90. XX wieku. Bo jeśli zgadzam się z tym, że „S” z lat 1980-1981 jest tym samym Związkiem, co ten reaktywowany w 1989 r. i tym samym, który działa do dziś, to trzeba mieć świadomość tego, że Okrągły Stół i wybory 4 czerwca 1989 r., tworzenie III RP i późniejsze konsekwencje (np. reformy AWS) są dziedzictwem tej samej „S”. Nawet, jeśli dla wielu to czas i decyzje kontrowersyjne.

Owszem, można i trzeba mieć pretensje za wszystkie złe decyzje i zaniedbania, które stały się udziałem politycznych elit „S”, i trzeba państwo reformować, ale nie można tego wszystkiego, co się wydarzyło w ostatnich kilkunastu latach XX wieku w krytykować w czambuł.

Pretensje mam też do polityków PO, którzy odwołując się do dziedzictwa Sierpnia’80, w pewnym momencie kompletnie bezmyślnie zniechęcili do siebie licznych zwolenników „S”. Mam żal do senatora Jana Filipa Libickiego, mojego dawnego przyjaciela (pozdrawiam chorego i życzę wiele zdrowia!), który stał się twarzą antyzwiązkowej histerii, która owocowała propozycjami legislacyjnymi mającymi na celu ograniczenie roli związków zawodowych. Związkowcy „S” uznali to za atak na siebie i swe nadzieje zaczęli pokładać w PiS. Nie będzie zatem wielką przesadą twierdzenie, że w dużej mierze to właśnie PO pchnęła „S” w ręce prawicy.

Dziś już niewielu pamięta o co Platformie chodziło, ale przeświadczenie, że PO chce zaszkodzić „S” pozostaje żywe do dziś. Pewną szansą na zmianę tego przekonania być może będzie idea Nowej Solidarności rzucona przez Rafała Trzaskowskiego, ale trudno dziś cokolwiek wyrokować. Więcej o jej szansach napiszę w najbliższy piątek.

Jest w końcu i sam Piotr Duda, któremu dwukrotnie kibicowałem w wyborach na szefa Związku i broniłem go, gdy atakował go Newsweek za „aferę hotelową”. Okazał się szefem Związku, który ma udział w deprecjonowaniu idei „S”. Wydaje się, że bezsensownie pcha „S” w stronę partii rządzącej uzależniając Związek od jej siły i jej przyszłych losów. Jeśli bowiem rządy prawicy się skończą, wówczas kłopoty mieć będzie i „S”. Pomijam już, że takie przyklejenie źle się kojarzy jeszcze z czasami „związków prorządowych”. No i nie za bardzo jest zgodne z pierwszym postulatem Porozumień Sierpniowych mówiącym o akceptacji niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych…

Smutnym objawem takiej służalczej postawy było zachowanie Tadeusza Majchrowskiego, wiceprzewodniczącego „S”, który w trakcie ubiegłorocznych strajków nauczycielskich publicznie w ostrych słowach krytykował przedstawicieli „S” oświatowej z Wielkopolski, która strajki gremialnie poparła i się w nie angażowała.

Krytyka wielu związkowców „S” pod adresem Lecha Wałęsy, że kierował „tylko” półtoramilionowym Związkiem na początku lat 90. XX wieku (a taki zarzut pojawił się kilka lat temu) brzmi karykaturalnie zważywszy na obecna liczebność NSZZ „Solidarność” kształtuje się na poziomie ok. 700 tysięcy. Pomijam już fakt, że przed stanem wojennym „S” pod wodzą Wałęsy miała prawie 10 milionów członków.

Wiele konfliktów na początku XXI wieku to echo dawnych sporów na łonie „S” („karnawał” i lata podziemia). Nie miejmy złudzeń, „S” w pierwszych latach swojego istnienia też była areną sporów i kłótni, które najbardziej widoczne były w miesiącach I Krajowego Zjazdu Delegatów „S” w 1981 r., potęgowane atmosferą wolności słowa. I one też rozpalały solidarnościowy parlament do czerwoności.

Wykop Skomentuj49
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka