Skoro nie chatka legendy z widokiem na morze i molo, oparta malowniczo o nadmorski klif to Muzeum Miasta Gdyni z widokiem na armaty sąsiedniego Muzeum Marynarki Wojennej oraz leżakami przy schodach wejściowych. Też kameralnie, a nawet czuć wzmocnione feromony Teatru Muzycznego o rzut kamieniem, bo przecież nie książką. Tu zaplanowano galę finałową z zaproszeniami dla tych, którzy rozumieją znak czasu niekoniecznie podpartym literackim Noblem. Jako upadły literat wspominać mi tylko rok 2014, gdy kariera ruszona cyklicznym Konkursem pod skrzydłami Ministra Kultury zgasła w konfrontacji ze sportem. Ważne, że jest kontynuacja, również cateringu, bo koreczki z owocami morza były moich jelit godne. Mój zbiór opowiadań ,,Lubieżna częstotliwość,, zachęcali nawet reżyser Maciek Pieprzyca i Krzysiek Skiba, wtedy z pierwszą żoną. Przepraszam, że zawiodłem, ale nieustannie coś rodzę i stąd moja tolerancja dla matek z dzieckiem karmiących piersią. Podczas otwartych spotkań z autorami bez jajków, ale był taki epizod i niemowlak najedzony przyjemnie odbijał. Każdego poety byłaby to wybuchowa inspiracja. Swoje parcie stonowałem potrzebą dalszej obserwacji widowni w liczbie około setki, a więc miałem w czym wybierać. Słuchając laureatów jednocześnie. A było o czym. Twórczyni polskich ,,Szatańskich Wersetów,, od drugiej strony była zawartością swego dzieła gotowa udowodnić, że Organizacja Wyzwolenia Palestyny to organizm przyjazny nawet dla chrzcielnicy w synagodze. Od 1948ego roku wznosili mury wolności dla siebie i sąsiadów, czyli jakoś tak równolegle z Izraelem. Przeciągi w Strefie Gazy to faktycznie jakieś zepsute jabłka i mandarynki. Kałasznikow jest trwalszy. Dzieło autorki opiera się na opowieści jednego z twórców OWP i jedyne, co mogę dodać – kolorowych w Halu Muzeum Gdyni nie widziałem. Chyba, że dzida koło dwudziestki ogarnięta, jakby wpadła odetchnąć przed całonocnym tańcem na rurach. Już teraz było na co popatrzeć, chociaż tuż przede mną wychodząca grupka pasjonatów w średnim wieku stanęła rozdyskutowana do czerwoności, jak nos ministra Kierwińskiego. Gdyby stanęli za mną mieli przestrzeń do wypełnienia aż do wyjścia. Trudno, humanistom brak wyobraźni inżyniera. Mimo to nadal chciałem być na bieżąco i historią w ruchach palestyńskich. Tym bardziej zainteresowany, bo długo cumował w Gdańsku wielki jacht nazwy ,,Wolna Palestyna,, obwieszony przez młodą, a już brodatą załogę transparentami bez cienia wątpliwości, kogo my tu mamy. Cumowali, ale nigdy nie pływali. Nawet gdy wiatr sprzyjał. Trochę jak pustynia. Samo nie urośnie, samo nie popłynie. A na festiwalowym spotkaniu mogło, bo jedna para też cholera w średnim wieku przyszła z psem, taki wyrośnięty terrier brązowy bez ogona. Ulokowani w środku rzędów co jakiś czas wychodzili ze swym brodatym czworonogiem. Prawie jak Palestyńczyk, nie mylić z Alkaidą. Pani miała wybitnie długie nogi, ważne, że szczupłe. Jak ruszała psa wysikać to coś z ostatniego rzędu na scence widziałem. Był telebim jednocześnie, ale młody człowiek co chwilę grzebał coś z kablami. Nie myślę o sabotażu terriera.
Bliżej była wyzwolona inna dwudziestolatka. Najpierw usiadła na parapecie. To mogłem zrozumieć, bo krzesła i taborety wędkarskie piły w posladki i męczyły kręgosłup. Więc żująca chyba gumę, albo snupsa zaczęła się wiercić, a w międzyczasie zmienili się prelegenci. No kurde, w pewnym momencie zaczęła pod nosem autorkiego duetu opróżniać z do zazdrości dynamiką wielką torbę sportową rzucając zawartość na podłogę. Ludzie niekoniecznie dojrzeli, bo sporo siedziało w telefonach. Pani obok mnie lepiła plaster na piętę. Mniemam nowe buty na tą szczególną okazję. Pani z boku wysysała termos odchylając się niebezpiecznie na krześle, bo co miało być to chyba już wyschło. Dziewczę usiadło na zwaloną odzież i już na sppkojnie na podłedze zaczęła szydełkować. Nie poruszyła jej opowieść o kastracji ogrodnika przez średniowieczne mniszki angielskiego klasztoru. Prowadząca panel, pani spicz men na pewno w tym klasztorze, myślałem patrząc na jej wzniosłą duchowość, długo dziewictwa by nie zachowała. Tak jak zakochana mniszka, która jednak stwierdziła, że ją zgwałcono. Ponieważ omawiana książka była o kobietach średniowiecza halabardę ogrodnikowi mogły utemperować nieformalne grupy arystokratycznie urodzonych lub też z ojcem księdzem. Ten w Brytanii miał zwolnienia podatkowe i majątki ukrywał u swych dzieci zrobionych pod sutanną ukrytych w klasztorach. Czyli dziś, myślę słuchając prelegentki, nic złego się nie dzieje. No może zgon męskiej prostytutki na parafii podczas udanej sodomii kadry kardynała Dziwisza. Najciekawszy jest finał tej kastracji. Mniszka za seks i narodzone dziecko trafiła do lochu, ale wyzwolił ją po śmierci święty biskup – jak podaje historia, podejrzewam, że zerżnięta z literatury kościelnej. Ważne, żeby każdy czytelnik miał się teraz ku przestrodze i okadzał cały klasztor a nie tylko jedną. Co będę ukrywał. Mój sąsiad, emerytowany marynarz zachęcał mnie do zbiorowych filmików z paniami poznanymi na dworcach. Wyjawił, że ma stres po pracy ogrodnika właśnie w misji Brygidek w Gdańsku i na widok stringów traci wiarę w zbawienie. Mówił, że wolny tam cały czas wakat, bo żaden od pielenia ekspert na długo nie jest w stanie zabawić. On woli nawet niewiasty z niepełnym uzębieniem i bez habitu. Moim zdaniem to rasowy zboczeniec. Co innego kłusowanie na niewinność. W średniowieczu możny jak zbytnio za dziewczynami się oglądał unikając konsekwencji mógł być obłożony ekskomuniką. Dostąpił tego na przykład Kazimierz Wielki licząc na potomstwo od krakowskiej żydówki. Musiała mu dobrze tu i tam zakręcić bo ofiarował jej kawał ziemii obok Wawelu i dziś mamy dzielnicę Kazimierz. Kuria jak dotarło, że król przekieruje kasę na synagogę zagroziła ekskomuniką. Skruszony Kazimierz musiał postawić za swoje 9 kościołów w mieście i nic dziwnego, że oklapł. Tą ciekawostkę znałem już wcześniej. Natomiast z treści gdyńskiego festiwalu wiem, że wielu kontestujących wobec Kościoła stawało banitą z twarzą wilka. Zatem do lustra zaraz idę popatrzyć.


Komentarze
Pokaż komentarze