W tym roku obchodzimy czterdziestolecie wydania jednej z najlepiej sprzedających się a zarazem również jednej z najbardziej wpływowych płyt nagranych przez zespół rockowy – „The Dark Side of the Moon”, grupy Pink Floyd. Wydaje się, że wszystko, co można powiedzieć na temat tego albumu już powiedziano i właściwie trudno byłoby cokolwiek dodać, gdyby nie fakt, że przy okazji celebrowania tego niezwykłego jubileuszu autorzy zarówno pochwalnych, jak i polemicznych recenzji powielają nieprawdziwe mity na temat tej płyty, twórczości Pink Floyd i historii tzw. rocka progresywnego w ogóle.
Do sięgnięcia po pióro skłoniła mnie dokładnie opinia Leszka Bugajskiego zawarta w jego tekście „Pink Floyd. ‘The Dark Side Of The Moon’ - długie lata ściemy” opublikowanej na portalu Newsweek.pl 23.03.2013 r. Dowiadujemy się z niej między innymi, że powstanie rocka progresywnego było wynikiem kompleksów, jaki młodzi rockmani odczuwali względem cieszących się większym uznaniem krytyki gatunków muzycznych, przede wszystkim muzyki poważnej. Następnie, autor przywołuje stary, dobrze znany slogan głoszący, że rock progresywny to była ślepa uliczka w rozwoju muzyki rockowej. Przytacza równie znany argument, że aspiracje muzyków takich, jak Pink Floyd, były zbyt wygórowane w stosunku do ich talentu i umiejętności. W związku z tym również efekt, jaki osiągnęli pozostawia wiele do życzenia. Jest to zwyczajnie pretensjonalny rock udający muzykę poważną, do której oczywiście nie dorasta do pięt, pozbawiony w dodatku tych cech, które stanowiły o sile muzyki rockowej – energii, emocji i spontaniczności.
Największy problem, który sprawia mi tekst Bugajskiego, polega na tym, że mimo jego dość prostej formy wciąż nie bardzo rozumiem, o czym on tak naprawdę traktuje. Nie jest to recenzja płyty, bo uwag dotyczących jej zawartości jest niewiele. Autor w sumie twierdzi jedynie, że jest to całkiem przyjemna muzyka i właściwie jedyny zarzut jaki formułuje względem niej, dotyczy nie tyle samej muzyki, co jej recepcji. Otóż przez recenzentów i prezenterów muzycznych, zwłaszcza ze środowiska radiowej Trójki, album nazywany jest niesłusznie „arcydziełem”, podczas gdy jest to jedynie zbiór w gruncie rzeczy dość prostych rockowych piosenek. Bugajski również nie przedstawia nam żadnej ciekawej analizy twórczości Pink Floyd w ogóle, wypowiadając jedynie zdawkowe krytyczne uwagi względem jednego z ich pierwszych singli – „See Emily Play” oraz znacznie późniejszej płyty „The Wall”, udając, jakby między tymi wydarzeniami Floydzi nie wydali nic istotnego. Nie jest to również rzeczowa krytyka rocka progresywnego jako gatunku, bo oparta na jednym, niezbyt reprezentatywnym, a w dodatku zupełnie chybionym w kontekście zarzutów autora przykładzie.
Za trzon nurtu, zwanego rockiem progresywnym uważa się powszechnie tzw. „Wielką szóstkę” brytyjskich kapel progresywnych, którą stanowiły zespoły: Pink Floyd, King Crimson, Yes, Genesis, Jethro Tull i Emerson, Lake & Palmer. Zarzuty formułowane przez Bugajskiego pasują poniekąd do trzech z nich, ale nie do twórczości Pink Floyd. Najbardziej uzasadnione wydają się względem EL&P. Słuchając ich płyt niejednokrotnie można odnieść wrażenie, że jest to trójka popisujących się wirtuozerią rockmanów-megalomanów, której jedynym celem okazuje się rzucenie na kolana niezbyt wyrobionego słuchacza. Również ich potraktowanie muzyki poważnej na słynnych „Obrazkach z wystawy” wydaje się płytkie, na zasadzie: pokażmy dzieciakom, że umiemy też zagrać klasykę. Zgodzę się, że podejście, jakie demonstrowało EL&P, grając nota bene z płyty na płytę coraz gorzej, to ślepa uliczka i faktem jest również, że było wiele kapel progresywnych, które niestety podążało podobną ścieżką. Yes porwało się z motyką na słońce nagrywając dwupłytowy album „Tales from the Topographic Oceans”, który obnaża wyraźnie słabość warsztatu muzyka rockowego w starciu z monumentalnymi formami. Jest więc jak na muzykę rockową nudno, a do mistrzowskich dzieł muzyki poważnej temu też daleko. Genesis natomiast komponowało jakby trochę ponad swoje możliwości wykonawcze. Mimo iż bardzo lubię ich płyty, odnoszę wrażenie, że można byłoby tą muzykę zagrać i zrealizować lepiej. Do trzech pozostałych kapel trudno kierować te zastrzeżenia. Do Pink Floyd pasują one akurat najmniej, a do „Ciemnej Strony Księżyca” - wcale.
Przede wszystkim na tej płycie nie mogę się dopatrzyć jakichkolwiek głębszych inspiracji muzyką poważną. Nie rozumiem więc zupełnie, co Bugajski ma na myśli zestawiając tę muzykę z nota bene poczciwym Procol Harum i zdecydowanie mniej poczciwym EL&P. Na początku albumu wyraźnie słychać dziedzictwo rocka psychodelicznego i rodzący się właśnie w tym czasie rock elektroniczny, potem jest trochę bluesa, miła dla ucha wokaliza czerpiąca z r’n’b, może nawet odrobinę z jazzu, ale gdzie w tym wszystkim ukrywają się jakiekolwiek aspiracje do Bacha, Chopina, czy Wagnera? Jest też dynamiczny kawałek rockowy i popowa ballada. Konia z rzędem temu, kto wskaże mi w tym cokolwiek pretensjonalnego albo przekraczającego możliwości rockowej kapeli. A temu, kto wyjaśni, co jest takiego w lekkiej psychodelicznej piosence „See Emily Play”, że zdaniem Bugajskiego, zwiastuje wszelkie kompleksy Pink Floyd, będące przyczyną późniejszego zabrnięcia w ślepą uliczkę, należy się przynajmniej ręka księżniczki i pół królestwa.
Bugajski chyba sam takich wyraźnych inspiracji muzyką poważną na „Ciemnej stronie” nie znalazł, ale za to uderza w najbardziej, obok wcześniejszego „Atom Heart Mother”, monumentalne dzieło zespołu – „The Wall”, które uznaje za „nadęty do granic możliwości balon pretensjonalności i samouwielbienia”. Przyznam się, że „The Wall” cenię mniej od wcześniejszej twórczości zespołu, tym niemniej nie uważam muzyki zamieszczonej na tej płycie za szczególnie pretensjonalną. To w sumie wciąż zwykły prosty rock, jeszcze prostszy niż na „Ciemnej Stronie”, a poza jednym jedynym utworem „The Trial”, który jako jeden jedyny nawiązuje do muzyki operowej, nie ma tu żadnych przykładów ilustrujących tezę autora. Jest sporo zwykłego rockowego grania ukoronowanego dwoma wielkimi przebojami „Another Brick in the Wall” i „Confortably Numb”. Więc znów należy postawić pytanie: o co autorowi tak właściwie chodzi? Przecież nawet jeżeli uznamy „The Wall” za płytę nie wolną od patetycznego nadęcia, to stawianie jej za wzór pretensjonalności jest ewidentną przesadą.
Na szczególne potraktowanie zasługuje moim zdaniem powtarzana za protagonistami punkowej rewolucji bzdura o rzekomym odejściu rocka progresywnego od swoich korzeni – od żywiołowości, spontaniczności i emocjonalności. Tak się złożyło, że gdy czytałem quasi-recenzję Bugajskiego, towarzyszyła mi muzyka z debiutanckiej płyty Mahavishnu Orchestra „The Inner Mounting Flame”. Naprawdę nie dostrzegam, aby muzyka grana przez ikonę tej rewolucji – Ramones - była bardziej żywiołowa i emocjonalna. Raczej powiedziałbym, że jest zwyczajnie prymitywna, kiczowata i skierowana do słuchaczy, którym ewidentnie słoń na ucho nadepnął, czego o twórczości McLaughlina powiedzieć się nie da.
Warto na koniec ustosunkować się do zarzutu, który autor kieruje w stronę dziennikarzy muzycznych, którzy wynieśli muzykę Pink Floyd na piedestał. Podzielam zdanie Bugajskiego, że źle się dzieje, gdy takie przyjemne płyty jak „Ciemna Strona” stawiane są za wzór muzycznego wyrafinowania. Nie zgadzam się jednak z tym, że największym problemem z tym związanym jest to, że pretensjonalny prog-rock przesłania nam prawdziwie udanego prostego, szczerego rocka spod znaku The Rolling Stones, bo takie rzeczy zwyczajnie nie mają miejsca. Mnie raczej boli to, że przekonanie o genialności i wyrafinowaniu „Ciemnej strony” powoduje, że słuchacze przestają szukać dalej i głębiej. Tymczasem rocka znacznie bardziej wyrafinowanego niż Pink Floyd grało całkiem sporo artystów i zespołów, wystarczy wymienić choćby Franka Zappę, Soft Machine, Can, Magmę, Gong, czy Henry Cow. Rozwijali oni wszyscy w bardzo ciekawy sposób muzykę rockową, nawiązując do jazzu, muzycznej awangardy a ich osiągnięcia artystyczne są daleko wybitniejsze niż muzyków z „Wielkiej Szóstki”. Grając o wiele bardziej skomplikowaną muzykę nie trafili pod strzechy, jak to miało miejsce z płytą Floydów, ale ich dokonaniom nie sposób niczego sensownie zarzucić. O tym się jednak milczy, bo przecież, zgodnie z propagandą głoszoną przez dziennikarzy „Trójki”, znamy już najwybitniejsze osiągnięcie rocka – „Ciemną Stronę” i możemy jedynie rozkładać ręce, że w dzisiejszych ciężkich czasach takich płyt już się nie nagrywa. Niechęć do tej całej paplaniny jest więc tym, co ewidentnie łączy mnie z Bugajskim. Jednak z żalem stwierdzam, że jego recenzja oddala słuchaczy od poznania tych wszystkich rockowych perełek, które ja cenię, wcale nie mniej, niż trójkowa indoktrynacja.



Komentarze
Pokaż komentarze