czyli wspomnienie o powstaniu, śp. Januszu Kotarbie i zaproszenie na pośpiewanie wspólne
1.
W nocy z 22 na 23 stycznia Roku Pańskiego 1863 Polacy rzucili się na Braci Moskali, zajmujących już od prawie wieku zniewoloną i „rozebraną” Rzeczpospolitą.
Za ojców, braci kości bielejące
W Sybiru śniegach, wśród Kaukazu skał,
Sióstr, żon i matek naszych łzy gorące,
Со wróg im hańbę w żywe oczy plwał.
Za plemion całych zmarnowane lata,
Со im w zepsuciu truto myśl i cześć,
Za niecne jarzmo, cośmy wobec świata
Jęcząc i drzemiąc, mogli dotąd znieść.
Czy świętować tę rocznicę rzezi, kolejnych zsyłek na Sybir, kalectw duchowych, moralnych i fizycznych? „Świętowanie” nie jest, zaprawdę, dobrym słowem. Wojna to nic dobrego, a powstanie styczniowe było zbiorowym szaleństwem. Wojną niestety, wprost rzec trzeba: głupią. Zbiorowym samobójstwem.
Tak. Tak.
Ale pamiętać trzeba. I wytłumaczyć się z tej pamięci. Jak to niekiedy mam okazję oświadczać, przyznaję się raczej do Sarmacji niż do Polski Romantycznej. Niemniej nie ma rady – myśmy wszyscy zostali Sarmatami z łaski Romantyków. Błędy Romantyków Ich błędami, Ich nierozsądek Ich nierozsądkiem, ale i poświęcenie Ich (tych, co się poświęcili, bo różnie bywało) dla słusznej sprawy wolności – mimo błędów – poświęceniem. Nie chcę oceniać. Chcę pomodlić się za Nich i za Tych, którzy za Ich sprawą poginęli – z obu stron. I bardzo też chcę zaśpiewać.
CO TAM MARZYĆ o kochaniu,
O Bogdance i róż rwaniu,
Dla nas nie ma róż;
My – jak ptacy na wędrówce –
Dziś tu, jutro na placówce
Może staniem już.
Co śni serce, niech raz prześni!
W twarde życie twarde pieśni
Niech wiodą jak w tan.
A miast ręce – rękojeści
Szczery uścisk, gdy obwieści
Z niebios chwilę Pan.
Ta noc sięga naszych trzewi. Bez wątpienia, tak właśnie. Żeby to sobie uprzytomnić po raz kolejny, ostatnio znowu (znowu! jak kilka lat temu…) czytam z dziatwą „Dziedzictwo” Zofii Kossak. Arcykatolicka ta, arcynarodowa, a przy okazji jakże antywojenna kobieta przekonuje mnie raz jeszcze, że noc z 22 na 23 stycznia to także moje Dziedzictwo nieustające: także jako katolika, jakkolwiek bym oceniał decyzję o podjęciu walki.
I wcale nie dlatego, ale także dlatego, że dwaj wujowie mojej prababki, Kryszkiewicze, również w tym powstaniu położyli głowy – nie wiem, jak, gdzie, nie wiem nawet, jakie były ich imiona, co w życiu robili. Tylko wiadomość o tym, że padli, i że dwu ich było, zapamiętana została w plebejskiej gałęzi mej rodziny; żadna inna pamięć ich nie dotyczy (Dziadek jako młody chłopiec u początku XX wieku zanosił za nich do kościoła na wypominki, z koniecznym zaznaczeniem, żeby powiedzieć, że padli w powstaniu). Czyż to nie symptomatyczne? Tak więc chcę się pomodlić i zaśpiewać, a jest co śpiewać. O czym zaraz.
2.
Jest bodajże koniec roku 1986 lub początek roku 1987. Późna jesień czy zima. Odbywam w ramach zajęć seminaryjnych mini-objazd naukowy do Budapesztu, pod wodzą naszej pani profesor, świętej pamięci Alicji Karłowskiej-Kamzowej, na zaproszenie Jej naukowej znajomej, mediewistki od średniowiecznych Wegier. Warunki spartańskie, komuna, zimny akademik, ale Budapeszt to zawsze była wielka atrakcja i pokusa. Poza tym dopiero drugi raz w życiu wyjeżdżałem za granicę!
Traf chciał, że jednocześnie zdążała do Budapesztu, z ramienia poznańskiego duszpasterstwa, grupka znajomych charyzmatyków. Więc wieczorem, po zwiedzeniu tego, cośmy jako historycy sztuki w Budapeszcie zwiedzić mogli i powinni – wziąłem gitarę, śpiewnik, wsiadłem do metra i pognałem na jakieś blokowisko, tam, gdzie odbywało się polsko-węgierskie spotkanie z pewnym lekko „opozycyjnym” tutejszym charyzmatykiem (wszystko co katolickie na Węgrzech bywało wówczas opozycyjnym nazywane).
W prywatnym mieszkaniu nasi i tamci gadali i śpiewali. Niedużo ludzi, w sumie osiem, dziesięć osób może. Przesympatycznie. W pewnym momencie poproszono mnie, abym uczynił użytek z instrumentu. Jakoś tak miałem ochotę zagrać bojowo, pod wrażeniem spaceru przez Budapeszt (wspomnienie 1956 roku Węgrzy mieli na świeżo – w ustronnych miejscach parków i ciemnych kątach ulic, które przebiegałem, widać było wciąż nieliczne, ale jednak obecne, zamalowane przez służby porządkowe, „rocznicowe” napisy antysowieckie, resztki zniczy). Zanuciłem „Hej strzelcy wraz”, ochoczo podchwycone przez miejscowych, pobożnych charyzmatyków, którzy oczywiście nie mogli rozumieć tekstu, więc tylko mruczeli. Podkreśliłem bodaj wers: „amnestią twą owiniem nasze kule” (śpiewaliśmy tak sobie w Polsce w duszpasterstwie, pod wpływem ogłoszonej dla podziemnej „Solidarności” amnestii). Zmanipulowałem więc. Biedacy Węgrzy sądzili chyba, że to „pieśń chwały”. Mój grzech, moja wina. Nasi częściowo podśpiewali z radością, a częściowo się zacuknęli i zgorszyli – wszak charyzmatyk nie powinien wzywać „i w łeb lub serce pal!”, jak głosi „Pieśń strzelców”. Faktycznie... i mnie zrobiło się troszkę głupio.
3.
Teraz już na pewno rok 1987, lato. Chciałem pojechać na praktyki studenckie do Krakowa, ale nie miałem tam odpowiedniej kwatery. Koleżanka ze studiów, Ewa, która (jak mi się wydawało) znała wszystkich „artystów” ówczesnego opozycyjnego świata, poleciła mnie Gosi i Januszowi Kotarbom. Mieszkali przy Plantach, a tytułem do wynajmu mieszkania było stanowisko ciecia i Janusz właśnie szukał kogoś, kto by podczas wakacji pocieciował zamiast niego. Zgłosiłem się i zostałem na dwa tygodnie „gospodarzem domu”.
W zasadzie nie miałem wtedy okazji poznać Januszów, pilnie za to wertowałem ich „podziemną” bibliotekę i kasetotekę – dostępna dla gości bez ograniczeń . Dopiero na półmetku praktyki, powróciwszy wieczorem na kwaterę – zastałem Janusza zagłębionego w mój prywatny, przepisywany ręcznie śpiewnik, przypadkiem zostawiony na stole w kuchni. Łączyła nas jedna z Jego pasji – dawne polskie pieśni. Miał w tej dziedzinie spore dokonania. Od dawna grał i występował w różnych zespołach, założył „Grono Przyjacielskie”, z którym opozycyjnie koncertował, wydawał w drugim obiegu kasety i śpiewniki. Między innymi „Piosennik powstania styczniowego”, czyli mój kultowy śpiewnik, który od dawna zabierałem ze sobą na wszystkie wędrówki. Mając wreszcie okazję porozmawiać z Mistrzem sam na sam, wpadłem na pomysł, żeby w najbliższą rocznicę powstania sprowadzić Go wraz z„Gronem Przyjacielskim” do dworu w podpoznańskich Koszutach, gdzie gospodarzył wówczas kustosz Tadeusz Osyra. Przyjechali, jak to Krakusy – w czarnych, romantycznych pelerynach, z repliką pieczęci Rządu Narodowego, z reprodukcjami rysunków Grottgera, śpiewnikami i kasetami.
4.
Wieczór w Koszutach wygenerował przyjaźń i współpracę, i to podwójne: z Januszem – i z Tadeuszem Osyrą. Janusz zaczął wydawać moje kasety, potem płyty. No, robił też znacznie poważniejsze rzeczy: założył pierwsze polskie czasopismo poświęcone muzyce chrześcijańskiej „Ruah” i pierwszy wydał „Arkę Noego”. Odszedł kilka lat temu – ale i tak wciąż jest z nami. A Gosia i cztery Kotarbiątka godnie kontynuują jego dzieło (patrz: www.paganini.pl). Teraz mija kolejna rocznica naszego pierwszego, wspólnego wieczoru, w noc styczniową.
5.
Więc powtarzam czas początku. Żeby pomodlić się za tych, co zginęli, wspomnieć i westchnąć za Januszem, poopowiadać i pośpiewać. Wypić może kawę, może wino, jak ktoś przywiezie. Będzie bardzo półprywatnie, pół, mówię, więc zapraszam półpublicznie wszystkich chętnych.
Tym razem do domu kultury w Kórniku. Dom mieści się w głównym budynku dawnej administracji majątku Działyńskich – na tak zwanym Prowencie, tuż obok Zamku. Jak wiadomo, w roku 1863 tak zwany tajny Komitet Działyńskiego (Jana) prowadził skup broni, gromadził ochotników i organizował przemyt do Królestwa; aż został wykryty, a wówczas jego członkowie sami pospieszyli do oddziałów.
6.
Za rok stuknie 150 rocznica styczniowego powstania. Mając to w pamięci postanowiłem styczniowe pieśni odświeżyć inaczej. Henryk (Kasperczak) zagra je na gitarze – w modusie już nie, jak dotąd graliśmy, nieco „stanowojennym”, czy „duszpasterskim” - ale dziewiętnastowiecznym. Właśnie przeglądamy sobie stare śpiewniki, przyglądamy się zapisanym akompaniamentom, a przede mną leżą wspomnienia uczestników nieszczęsnego zrywu. I ryciny z europejskiej prasy, która na bieżąco relacjonowała wydarzenia tamtych lat.
Kórnickie spotkanie to przedpole zamiaru, który dopiero chcemy w pełni zrealizować.
7.
Śpiewniczek wszyscy dostaną. Nieco mniejszy i nieco inny niż ten, który można zafasować w internecie – zawieszony już niegdyś PIOSENNIK POWSTANIA STYCZNIOWEGO, (dla koncertu z roku 2009) wraz z kalendarium powstańczym i biogramami autorów pieśni. Jest dostępny pod linkiem [TU]: – sześć kartek, tj. dwanaście plików jednostronicowych: 1A, 1B, 2A, 2B, 3A, 3B, 4A, 4B, 5A, 5B, 6A, 6B. Trzeba wydruczyc 1A, na jego odwrocie 1B, potem 2A i na jego odwrocie 2B itd., po czym każdą kartkę zgiąć na pół w odpowiednią stronę... i sklapnąć razem wszystkie.
[8. PS.] Powyższy tekst jest zmodyfikowaną (zwłaszcza w miejscu, w którym mowa o nowym zamierzeniu koncertowym) wersją blogowersji sprzed kilku lat – ogłoszonej wówczas na www.fronda.pl.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)