Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski
1057
BLOG

dominikanin oskarżony o gwałt

Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski Polityka Obserwuj notkę 9

 

 

Nie klniéj, nie złorzecz: jako chwalne dziéła
Tak trzeba, hańba by pamiętną béła.
                                        Wespazjan Kochowski

Prasa donosi, że pewien dominikanin z Gdańska zgwałcił kobietę (na Frondzie tu, w GazWyborze tu).

Zanim wkleiłem ten tekst, chwilę spędziłem na krótkiej modlitwie za gdański klasztor. Tym bardziej, że jestem z dominikańskiego środowiska, wyszedłem z dominikańskiego duszpasterstwa. I kocham ten zakon. Co nie znaczy – że nie jestem zaniepokojony tym, co się dzieje. Na odwrót. Najpierw kilka wystąpień, albo takich z zakonu, albo takich w mediach. Jak ostatnio o. Gużyńskiego. Teraz to.


Ta konkretna sprawa jest jeszcze bardziej przykra. Będzie za to - mam nadzieję - uczyła tych, którzy dyscyplinują braci w kapłaństwie i braci zakonnych. Będzie musiała uczyć. Nawet jeśli tytuł doniesienia prasowego, choć usprawiedliwiony, nie do końca pokrywa się  z taką treścią, jakiej spodziewalibyśmy się po nim. Jest to bardziej oskarżenie o wykorzystanie seksualne (nieco wątpliwe oskarżenie mym zdaniem), niż o gwałt. Ale tak czy siak - kompromitacja.

Wiadomość wstępna jest taka, że ów gdański dominikanin miał zostać już jakiś rok temu zawieszony w czynnościach duszpasterskich ze względu na "kryzys wiary" (informacja podana podczas przesłuchania) i brak subordynacji wobec przełożonych (informacja podana prasie przez współbraci). W każdym razie zakonnik ujeżdżał sobie po świecie na skuterze niewiadomego pochodzenia, jak rozumiem, bez akceptacji przełożonych, acz za ich wiedzą, bo na liście lokatorów klasztoru wciąż figuruje, a  oni sami tę historię mediom opowiadają.

Rzekomy gwałt miał odbyć się w ten sposób, że ów zakonnik (dobiegający czterdziestki) jechał sobie skuterem i spotkał młodą pannę (lat dziewiętnaście), długo z nią rozmawiał, co ważne - nie przedstawiając się jako duchowny - następnie pili razem piwo, a potem on zaprosił ją do hotelu, mimo, że panna do domu miała niedaleko. Tam spędzili noc. Ona rano powiadomiła policję, twierdząc, że do tego, do czego doszło, doszło podczas jej snu i bez jej zgody. Policja zatrzymała dominikanina - on zaś na razie nie przyznaje się do zarzucanego mu czynu (to znaczy, jak się domyślam, do tego, że działał bez zgody oskarżającej go kobiety, bo reszty zapewne nie da się zanegować, o ile media – tym razem zarówno Fronda, jak GazWybor – nie wykrzywiły sprawy).

Tu przypis, poboczny. Zaznaczam - bardzo poboczny, i nikogo nie usprawiedliwiający. Chodzi mi tutaj o kwalifikację czynu. Otóż każdy może mieć pewne wątpliwości co do zeznań strony żeńskiej i co do sensowności oskarżenia. Ja też takowe mam. Jeśli para decyduje sie na spędzenie nocy w hotelu mimo, że dziewczyna ma do domu niedaleko, to oskarżenie o gwałt może wydawać się komiczne, zwłaszcza, że nie ma świadków tego, co sie działo. W dawnych czasach z takich dziewczęcych oskarżeń o gwałty robiono humorystyczne dykteryjki. Tym niemniej w Stanach przećwiczono już te sprawy: feministki wymuszają uznanie racji kobiety nawet wówczas, gdy rzecz wydaje się kuriozalna. Niewykluczone zatem, że byłby to precedens w polskim sądownictwie i polskim prawie (ale nie wiem, może takie rzeczy już się zdarzały).

Są to okoliczności ważne dla sprawy z punktu widzenia oskarżonego. Ale oczywiście nie mają nic do rzeczy jeśli chodzi o kwalifikacje jego czynu jako czynu chrześcijanina i dominikanina. Był znacznie starszy od dziewczyny, którą zdeprawował – ona ledwie przestała być niepełnoletnia.  Więc tym bardziej wydaje się bardziej winny niż współwinny temu całemu wydarzeniu. Podkreślam: wydaje się. Zaś jako chrześcijanin tak czy inaczej musiał mieć świadomość, że popełnia grzech śmiertelny, ponadto jako zakonnik jest zdyskwalifikowany, no i stał się też publicznym gorszycielem. Amen. 

Tu jednak dochodzimy do momentu ważniejszego jeszcze z punktu widzenia Kościoła. Większość przeciętnych katolików uważałaby zapewne, że takiego brata czy ojca należałoby po prostu wyrzucić na zbity pysk z klasztoru, skreślić z listy, do widzenia. Tak by się przynajmniej wydawało. Otóż wcale nie jest to takie proste. O ile mi wiadomo, niepokornego brata można dyscyplinować, suspendować, można mu nawet zakazać z klasztoru wychodzić - ale takich zakazów nie można egzekwować fizycznie. Nie da się. A zresztą nie można go też tak po prostu z klasztoru wyrzucić. Wciąż będzie obowiązkiem dla wspólnoty zakonnej gościć go w klasztornych murach, nawet jeśli nie wykonuje poleceń przełożonego, ba, nawet, jeśli jest dla klasztoru wyrzutem sumienia. On może na to gwizdać, wspólnota zaś, której jest członkiem - musi go tolerować. Piszę na pamięć - nie sprawdzałem szczegółów, ale z tego co wiem, przynajmniej generalnie tak jest.

Sytuacja się zmienia. Należałoby się zastanowić, czy nie trzeba tu zarówno ostrzejszej dyscypliny, jak i może większej ortodoksyjności & jednomyślności w niektórych sprawach. Przypomnijmy, że Zakon Kaznodziejski powołany jest szczególnie do poszukiwania mądrości. A Pismo powiada: uważaj, abyś ze zbytniej mądrości nie zgłupiał. Nie bez powodu przywołuję (z pamięci) ów biblijny cytat. Znam jakże wielu mądrych dominikanów. Jakże mądrych. Ale to nie wszyscy. Niektórzy... ech, nie mam ochoty kontynuować. Mówiąc prowokacyjnie i z ogródkami a nie wprost: myślę, że przydałby się w zakonie jakiś abp Hoser. Powiałoby świeżością. 
 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (9)

Inne tematy w dziale Polityka