Stałem sobie przed chwilą w jednym ze znanych jezuickich kościołów pod figurą Wiary strącającej Herezję i rozmyślałem o casusie ojca Mądela.
Casus i prosty, i skomplikowany, i smutny zarazem. Jest syndromem swoistej epidemii pośród kapłanów "pewnej opcji": reagują oni na wydarzenia bieżące wspominaniem domniemanych krzywd, wyrządzonych im niegdyś przez przedstawicieli kleru. Krzywd z reguły - niesprawdzalnych, ale bardzo nośnych medialnie.
Prawdę mówiąc, nie dziwię się wiele o. Mądelowi, że na "atak gazetą" zareagował agresywnie - ruchem ręki. Nie pochwalam takiej reakcji, ale podobnie nie pochwalam "ataku gazetą", natomiast doskonale ROZUMIEM, że ZARÓWNO współbrata o. Mądela, jak i SAMEGO o. Mądela MOGŁO ponieść SŁUSZNE bądź NIESŁUSZNE (niewłaściwe skreślić) uczucie zgorszenia, irytacji, żalu, wściekłości. Ono nie powinnno w żadnym wypadku przeważyć - jednak czowiek jest grzeszny i nikt z nas od tej grzeszności NIGDY nie jest wystarczająco zabezpieczony.
Ale bulwersujące jest przede wszystkim to, że o. Mądel postanowił opowiedzieć o całym zajściu w mediach i uczynił to w sposób, który uczynił. Nie powinien ani pisać o zajściu, ani o niegdysiejszym (a zatem mocno domniemanym) molestowaniu. Nie wiem, czy napisał prawdę, czy nie, nie chcę o tym wyrokować. Natomiast powtarzam: sądzę, że sposób w jaki to uczynił, dyskwalifikuje. Czyniąc jego słowa & czyny tym mniej wiarygodnie.
A diabłu - w to graj. I gdzież ta triumfująca Wiara?


Komentarze
Pokaż komentarze (14)