Krótko, pod wpływem przemyśleń i chwili oraz przeczytania notki red. Terilkowskiego - w Rzepie. Która mi się spodobała.
Mamy chyba wszyscy (tak zwani "my") wrażenie (tylko wrażenie!), że nadchodzą zmiany. Że PiS powoli wraca do władzy. A w tle tych zmian będzie można zawalczyć o konserwatywną (kontr)rewolucję wobec wszelkiej maści lewactwa oraz "antypolskości" (to skrót myślowy) - i to o (kontr)rewolucję trwałą, nie tymczasową, taką, która zostałaby wsparta przez odpowiednie ustawy.
Temu zjawisku odpowiada w rozmaitych dyskusjach internetowych i prasowych ton coraz bardziej triumfalistyczny z jednej strony, a napastliwy wobec "tuskozy" i lewactwa - z drugiej.
Otóż jestem zdania (podobnie jak redaktor Łukasz Warzecha w znanym artykule) - że oczywiście najlepiej z lewactwem nie dyskutować. Bo ów prawdziwy bolszewik przekroczył już próg naszego domu i co gorsza - mówi tym samym językiem polskim, będąc po części "kością z naszych kości". Nie można z nim rozmawiać, należy po prostu i jedynie uniemożliwić mu przejęcie pełnej władzy ergo realizację jego szalonych planów. Realizować za to własne, jak tylko się da.
Ale tu dwa małe "ale".Ten stan rzeczy nijak nie usprawiedliwia pisania bzdur przez opowiadających się po "słusznej stronie". Takowe bzdury popełniane z radosnego rozpędu zauważam ostatnio gdzieniegdzie częściej, niżby prawdopodobieństwo zwykłe dopuszczało. Zauważam z zażenowaniem - bo nie ma nic bardziej obciachowego, jak działać na zasadzie "negatywu GazWyboru" (i żeby jasne było, nie chodzi mi o okładkę "W Sieci" - ani o artykuł o Bonieckim, bo te w mym odczuciu są na właściwym miejscu - mówię natomiast o tekstach mniejszego kalibru, mniej "wpływowych" autorów, które jednak mnie niepokoją).
Ponadto widzęteż w tle inne charakterystycznezjawisko: oto niektórzy "rozsądni" i "kulturalni" (cudzysłowy celowe), dotąd niezdecydowani, a bynajmniej nie myślący po katolicku czy po prawicowemu - zaczynają podłączać się do płynącego pod prąd okrętu "prawicowych zwycięzców". Niczym dryfujące z prądem małże, które nagle zauważyły, że ów prąd przestał płynąć w interesującą je stronę i trzeba przylepić się do niedawnej konkurencji. Bodaj, że wkrótce prócz małży podczepiać się zaczną inne dryfujące a mało wonne elementy, których nie nazwę.
Nie oszukujmy się: z takich osobników składa sie zawsze poważna część beneficjentów każdego obozu władzy. Na razie nie słychać ich głosu (bo tylko dołączają do chóru, rzadko ośmielając się być solistami) ale widać już, jak zaczynają się podczepiać. Mierżą, ale nie ma na nich sposobu ani rady. No, jedyny sposób, to mieć świadomość, że są i będą.
Na koniec zaśuwaga, że "zwycięstwo" bynajmniej nie jest bliskie. I nie jest pewne że siły prawicowe wespół w zespół dojdą do władzy oraz że nasza (kontr)rewolucja na poziomie zdobytej demokratycznie władzy będzie możliwa. Chciałbym, aby tak sie stało; ale "tuskoza" i lewactwo będą za wszelką cenę finalizować rewolucję kulturalną i wyciskać soki z zajmowanej pozycji, a mają na to baaaardzo dużo czasu i wiele instrumentów. Wolę nie wyobrażać sobie tego, co może nas jeszcze czekać. Więc trąbić trzeba, głosić przyszłe zwycięstwo można, ale...
Ale.
387
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (9)