Byłem wczoraj na wykładzie księdza profesora Bortkiewicza.Sławnym medialnie z powodów oczywistych.
Kiedy około siódmej wieczór dobrnąłem do portyku Akademii Ekonomicznej (dziś Uniwersytet Ekonomiczny, ale jakoś nie chce mi to przejść przez usta i klawiaturę) – poczułem wiatr historii. Atmosfera przed i w środku, na holu i na korytarzach – przypominała temperaturę (uczelnianą i nie tylko) gorących lat „Solidarności” i stanu wojennego. Tłok, tłok, tłok. Przy wejściu, w holu – sympatyczni, zadzierżyści panowie z transparentami „Brońmy polskie dzieci [...]” (typowy błąd gramatyczny, wybaczalny tu, gorzej, że powszechny w praktyce polskiego dziennikarstwa).
Na sali wykładowej – dużej – amfiteatralnej – pełno przedstawicieli dawnej opozycji. Twarze pamiętane ze strajku AD 1988. Pozdrawiamy się, witamy. Charakterystyczne podekscytowanie zebranych. Typowy korek przy wejściu, jak wtedy. I jak wtedy, ostrzeżenia przed prowokacjami.
Prócz starych znajomych – jakże liczni przedstawiciele młodego pokolenia. I tacy, i tacy. Z lewa i prawa. Tylko czasami rozpoznawalni na pierwszy rzut oka – po wyzywającym makijażu albo czapce członka korporacji. Poza tym trudno wyczuć. Kolczyki w różnych miejscach twarzy nie decydują bez reszty, wbrew pozorom, o przyporządkowaniu ideowym.
W sumie zebrało się jakieś dwieście osób.
W chwili, gdy ksiądz profesor zaczynał swój wykład, kilkudziesięciu obecnych zaczęło bić brawo, zagłuszać, wznosić przy każdej kolejnej próbie zabrania głosu przez prelegenta nieartykułowane i pół-artykułowane okrzyki; część z nich siedząca w kucki na balkonie poczęła wstawać, machać. Jakaś dziewczyna (?) nachalnie objawiała z tegoż balkonu piersi (zakryte, wszakże z lekka wydekoltowane i ostentacyjnie wystawiane) oraz wypluwać (określenie właściwe) prowokacyjne zdania, z których zapamiętałem jedynie słowo „księżulku”. Chłopak ubrany w sukienkę z doklejonym (bo chyba nie naturalnym?) biustem zbiegł po stołach z góry sali ku katedrze, udało mu się wskoczyć na jej blat i następnie rzucić się na fotel wykładowcy, przyjmując pozę divy. Potem znów pobiegł ku ostatnim rzędom.
Organizatorzy przewidzieli taką sytuację; poprosili zebranych o przejście na z góry upatrzone pozycje - do zarezerwowanej na wszelki wypadek auli. Panowie porządkowi nie mogli sobie dać rady z wyjcami i szarpowiczami, więc wkroczyła policja. Na razie po naszej stronie. Oby tak dalej; wszakże nie wiadomo, co dalej.
Wracam do policji i bolszewii, bo nie inaczej należy obecne na wykładzie bojówki określić. Z obu stron wyglądało to groźnie: tu tarcze, hełmy, pałki, z drugiej wyjcy z satanistycznymi empematami, w tym divy, które koniecznie chciały udowodnić, że protestują jak bohaterki i że są prześladowane. Tak więc owe divy rewolucji moralnej, siedzące w pierwszych rzędach, zaczęły się łapać się za ręce, szarpać z przedstawicielami prawa, (no, miejscami szarpać, nie cały czas i wszędzie) oraz krzyczeć: „zostaw go” tudzież hasła w rodzaju „to jest ta wasza wolność” czy coś podobnego. tego, co widziałem, pałki nie poszły w ruch, i dobrze; nie miało byc też paralizatora. GazWybor napisała natychmiast na stronie www (jeszcze w czasie trwania wykładu) o paralizatorach, potem o jednym przyopadku użycia paralizatora. Pytani przeze mnie policjanci (zaraz po wykładzie pytani) wyjaśniali, że paralizatorów na stanie nie nieli i nie mają.
No i przechodzimy do auli, komentując między sobą napisy na koszulkach zadymiarzy (słowa „non serviam” – czyli hasło lucyfera). Mówimy sobie: „dzicz”, „bolszewicy”. A mnie żałość bierze. Szkoda młodzieży.
GazWybor pisze, że u wejścia do auli publiczność była selekcjonowana. Jednak wszyscy, którzy chcieli, weszli. GazWybor doniosła (jeszcze w trakcie trwania wykładu, na stronie www), że „nie wpuszczono m.in. dziewczyny z kolczykiem w nosie”. Komizm, komizm, komizm. Zdaje się – że chodzi o tę panią, co to poza tym, że miała pentagram na piersi, to wcześniej szarpała sie z policjantami. Organizator jeszcze podczas wykładu publicznie wyjaśnił, że nie wpuścił dwu osób, które wcześniej – jak widział – brały udział w szarpaninie. Ale w końcu chyba i ta pani weszła.
W każdym razie, gdy na ostatnim piętrze trwały jeszcze użerania się porządkowych i policji z satano-bolszewikami, my mieliśmy już spokój. Wykład przebiegł co się zowie akademicko. Był, jak to się mówi, nieemocjonalnie wypowiedziany, lecz niewątpliwie emocjonujący. Jasny, klarowny, w typie naukowego eseju. Udowodnił klasę księdza profesora. Potem okazało się, że i przeciwnicy ideowi mogą pokazać klasę (choć nie wszyscy) – bo siedzieli, słuchali, wreszcie lege artis zadawali pytania i uczestniczyli w dyskusji. Czyli, powtórzę, zachowali się akademicko.
A zatem jednak można po akademicku. Na wykładzie, który wedle niektórych akademików poznańskich (i nie tylko akademików, i nie tylko poznańskich) – nie powinien był mieć miejsca w akademickich murach.
Zakładam jednak, że akademiccy dyskutanci, którzy przybyli, aby zetrzeć się z księdzem profesorem podczas dyskusji – nie solidaryzowali się z listem tych, którzy uznali, że „używanie […] przestrzeni uczelnianej” do głoszenia poglądów sprzecznych z gender „trzeba uznać za wysoce niewłaściwe i nie licujące z profesorskim autorytetem”. Jakże gorzko mi wobec faktu, że sygnatariuszami tego listu są także przedstawiciele mojej macierzystej jednostki. Co za czasy.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)