Tylko jeden drobny fakt.
W dniu 5 grudnia przedstawiciele gazwyborowej redakcji znaleźli się w gmachu Uniwersytetu Ekonomicznego. Widzieli zatem i słyszeli, co się działo, gdy lewaccy bojówkarze, wspierani, niestety, przez niektórych pracowników naukowych UAM, uniemożliwili wygłoszenie wykładu przez ks. Prof. Pawła Bortkiewicza. Jednakże przedstawiciele gazwyborowej redakcji widzieli i słyszeli także i sam wykład, który ostatecznie odbył się w uczelnianej auli, obok sali, z której tymczasem policja wyprowadzała wspomnianych bojówkarzy. Ekscesy tych ostatnich zostały w GazWyborze opisane obszernie. Natomiast sam wykład – bodaj ponad godzinny (cała epopeja okołowykładowa trwała około trzech godzin, czasów szczegółowych nie sprawdzałem) opisuje się, nie, złe słowo: przekłamuje się w GazWyborze niezmiennym nieomal z publikacji na publikację, jednym jedynym „streszczającym” akapitem, w ten deseń [stąd wzięte]:
Wykład „Gender - dewastacja człowieka i rodziny” na poznańskim Uniwersytecie Ekonomicznym wygłaszał w czwartek wieczorem ksiądz prof. Paweł Bortkiewicz. - Gender wiąże się z radykalnym feminizmem, który opowiada się za aborcją, zatrudnianiem kobiet i przetrzymywaniem dzieci w żłobkach - mówił do zgromadzonych.
Mogę śmiało powiedzieć, że kto był na wykładzie, ten wie, że powyższe „streszczenie” jest złośliwą manipulacją, celowo prymitywizującym wypowiedź księdza profesora przekłamaniem. Skomponowanym na dodatek wedle zasady bolszewickiej nagonki, czyli: nie przedstawić argumentów strony przeciwnej, ośmieszyć, pozbawić godności - bez względu na fakty, bo liczy się cel wyższy - zniszczenie ideowego przciwnika.
A teraz do rzeczy.
Już po wykładzie ogłoszony został list siedmiu pracowników naukowych UAM, głównie z Instytutu Historii Sztuki – który sam również sygnowałem [tu]. Stwierdzaliśmy w tym liście miedzy innymi, że nie można zabraniać profesorowi wygłaszania wykładu, bo na uczelni obowiązuje wolność słowa i wolność badań. I że krytykowanie gender jest dopuszczalne – wszak teoria gender nie stanowi zbioru nieomylnych dogmatów. Jeśli zaś takie dogmatyczne zapędy się pojawiają, to trzeba je uznać za groźne dla wolności słowa i wolności badań.
Przypomnę tu i teraz, że to właśnie w Instytucie Historii Sztuki UAM wykładają badacze historii i teorii sztuki, którzy z szeregiem tez głoszonych przez teorię gender otwarcie się nie zgadzają. Ale przecież nie zabraniają tychże tez głosić.
Tymczasem na blogu dr hab. Izabeli Kowalczyk, naszej absolwentki i byłej uczelnianej koleżanki, reprezentantki gender studies i niegdysiejszej uczestniczki gorących okołogenderowych debat w naszym Instytucie, znajdziemy reakcję na powyższy list, w której pojawia się akapit taki oto [stąd wzięte]:
[…] zebrało mi się na śmiech. Później uświadomiłam sobie jednak, jak absurdalna jest ta sytuacja, w której historycy sztuki przywołując znaczenie uniwersytetu jako miejsca nieskrępowanej wymiany myśli, bronią wykładu księdza Bortkiewicza, który mówił między innymi o tym, że przyczyną rozpadu rodziny jest zatrudnienie kobiet, a przyczyną przemocy w rodzinie jest gender odwracający normatywność. Czy tego rodzaju stwierdzenia mają cokolwiek wspólnego z nauką? […]
Jak widać, dr hab. Izabela Kowalczyk zapoznała się z odnośnym wykładem bodaj głównie, jeśli nie wyłącznie za pośrednictwem GazWyboru oraz listu sprzeciwiającego się wygłoszeniu wykładu, który to list analizował jego treść na podstawie tytułu. Tamże pojawiło się zdanie tyczące oskarżania gender o sprawstwo patologii rodzinnych.Skądinąd wykład aczął się od zaprzeczenia temuż zdaniu.
Trzeba zapytać, czy komentowanie wykładu pracownika nauki przez pracownika nauki na podstawie kilku linijek przeczytanych w gazecie i listu napisanego przed wygłoszeniem tegoż wykładu - ma coś wspólnego z nauką?


Komentarze
Pokaż komentarze (8)