O paru rzeczach.
| gender a demokracja i wolność |
Wczoraj w Teatrze Ósmego Dnia w Poznaniu odbyła się dyskusja „Wojna o gender. Uniwersytet. Demokracja” z udziałem znanych mi osób. Osoby te odniosły się też do listu, którego jestem współsygnatariuszem [TU]., a który wyrażał <<sprzeciw wobec sprzeciwu>> klilkunastu pracowników naukowych UAM wobec planowanego na 5 XII 2013 wykładu ks. prof. Bortkiewicza o gender - wykładu, który, jak wiadomo, odbył się ostatecznie, ale nie w miejscu pierwotnie przewidzianym, bo miejsce to zdominowała wulgarna bojówka (jak piszą)„anarchistów”.
Podczas dyskusji w Teatrze Ó. miały paść zarówno zapewnienia, że trzeba wysłuchać każdego i w żadnym razie nie wolno odbierać mu wolności słowa (co mnie cieszy), ale też wypowiedziano zdanie poniższe:
[...] Zasada wolności słowa nie może być jednak stosowana w sposób absolutny. Każdy akademik musi sam rozważyć, na ile jego wypowiedź może ujrzeć światło dzienne. Nie może, jeżeli w sposób osobowy dotyka, dyskryminuje innego człowieka lub inną grupę ludzi. [...]*
Z kolei prof. Przemysław Czapliński, komentując akcję policji podczas wykładu ks. prof. Pawła Bortkiewicza rzec miał, co następuje:
Rektor, zapraszając policję, czuł intuicyjnie, że wykład wygłaszany pod takim tytułem musi mieć wsparcie sił porządkowych. To znaczy, że rektor uczelni ma świadomość, że na uczelni sama obroni się tylko dobra nauka – argumentował.
Był to jak rozumiem, żart wskazujący na domniemanie, że za tezami prof. Bortkiewicza może stać tylko policja, jako że sam wykład miał być przecież skrajnie nienaukowy.
Niestety wynika stąd zgoła co innego. To mianowicie, że prof. Przemysław Czapliński czuł intuicyjnie, że „dobra nauka” musi być wspierana przez wulgarne bojówki, bo inaczej będzie wystawiona na krytykę, na którą w imie demokracji pozwolić nie można.
Chciałbym w to nie wierzyć, ale zdaje się, że tak jest. Dochodzimy powoli do ściany i ciekawe, kiedy oraz która ze stron konfliktu uderzy w tę ścianę głową.
| gender a nietolerancja |
Przytoczę jeszcze mejla, którego otrzymaliśmy – my, sygnatariusze listu – od całkiem bliskiego znajomego, naukowca. Napisał serdecznie, ale w tonie najwyższego przejęcia, jako „osłupiały i załamany” – w te słowa:
[…] dotychczas nie popieraliście w sposób jawny poglądów dyskryminacyjnych i nietolerancji. […] Nie wolno rozpowszechniać dyskryminacji i nietolerancji, zwłaszcza na uczelni.
Do autora mejla z poglądów naszych „coś niecoś”, jak napisał, docierało już wcześniej, ale oburzyło go dopiero to, że ośmieliliśmy się wypowiedzieć nasze poglądy otwarcie. A przecież ściśle rzecz biorąc nie wypowiadaliśmy naszych poglądów na temat teorii gender, tylko sygnalizowaliśmy, że nie można zabronić krytyki tejże teorii. I już to zostało zrozumiane jako deklaracja „poglądów dyskryminacyjnych”.
Przychodzi mi po wtóre stwierdzić, że dochodzimy do ściany, etc.
| „postawa i odwaga”… |
I skoro tak można zrozumieć nasz list, skoro można tak się oburzyć, nie dziwi, że jednocześnie dostaliśmy słowa wsparcia od znajomych badaczy, w tym samodzielnych pracowników naukowych & dyrektorów poważnych naukowych instytucji, którzy oficjalnie nie ośmielili się naszego listu poprzeć (z różnych względów – zapewne i dlatego, że nie chcieli mieszać oficjalnych struktur uniwersyteckich w konflikt, co jest zrozumiałe i słuszne), gratulowali nam jednak „postawy i odwagi”.
Wydawało by się, że żadna to przecież „postawa i odwaga”– no bo faktycznie, żadna odwaga. Tym bardziej takie postawienie sprawy budzi pewien lęk: bo skoro to już jest ODWAGĄ, co dalej? Co dalej, skoro zwykłe powiedzenie „król jest nagi”, jak najbardziej oczywiste, nie powinno niczym grozić? No, ale pocieszam się, że w dobrym towarzystwie Cygan dał się powiesić i to bez żalu. Niech, niech. Zwłaszcza, że nasz list, zamieszczony na stronie petycje.pl [tu]poparły jak dotąd 823 osoby, zaś list naszych „tolerancyjnych” kolegów poparło tylko 655 osób [tu]. Nie jest więc tak źle, choć i dobrze nie jest. Mniejsza jednak o liczby – racje nie mierzą się liczbami, przynajmniej nie w sensie ostatecznym (bo tymczasowo bywa, że tak).
| zmiana znaczenia słowa „tolerancja” |
Otóż musimy przypomnieć rzecz jedną. Że od dłuższego czasu (co najmniej od dwóch dziesięcioleci) nie zgadzamy się – my, Polacy, ale także my, pracownicy nauki – w kwestii zasadniczej: co nazwać dyskryminacją, co nazwać nietolerancją. Jest to truizm, ale jednak wart przypomnienia. Obecnie wielu uzurpuje sobie prawo do określania: kto jest nietolerancyjny, a kto nie; kto jest dyskryminowany, a kto nie. Żonglerka tymi terminami nie ma dla żonglujących innego sensu, jak tylko taki, żeby ich sens – właśnie – zmienić. Idzie o to, by polskie społeczeństwo, które przywykło cenić sobie słowo „tolerancja”, zaczęło je odnosić do czegoś innego, niż do tej pory. Podobnie z „dyskryminacją”.
Bo przecież oto dowiedziałem się, ni mniej, ni więcej, że będę nietolerancyjny, jeśli zaneguję, iż teoria gender składa się wyłącznie z twierdzeń ze wszech miar słusznych i sprawiedliwych. W dziwny sposób fakt ów powiązał się z oskarżeniem mnie o nietolerancję wobec homoseksualistów. A w naszym liście nic o tym nie było, nijak.
Ale owszem: jeśli zdecydowana i otwarta niezgoda na aborcję, zdecydowana i otwarta niezgoda na adopcję dzieci przez homoseksualistów oraz zdecydowana i otwarta niezgoda na uznawanie homoseksualizmu za stan „normalny” (albo, co więcej, wskazany i godny pochwały) mają być nietolerancją, to można mnie uznać za wyznawcę „nietolerancji”. Proszę bardzo. I nawet będę się z tego chlubił; co mi po tym, ale niech.
Tylko, że – bądźmy tego świadomi – nie będzie to ta sama „nietolerancja”, o której, na dźwięk jej nazwy, myśli większość polskich obywateli. Ta większość polskich obywateli myśli, co daj Boże, wciąż mniej więcej podobnie, jak ja. Otóż nie bierze za nietolerancję braku przyzwolenia i braku pochwały dla rzeczy moralnie nieakceptowalnych.
| przekłamywanie słowa „tolerancja” |
Gdy wiemy już (od dawna), że przeciętni reprezentanci gender studies uważają za nietolerancje coś zupełnie innego, niż większość Polaków, dodajmy, że publicznie nie mówią tego wprost. Najczęściej gadają o tolerancji „na okrągło i naokoło”, z omijaniem sedna sprawy, czyli owej kluczowej kontrowersji. Tak czynią w telewizji i mediach, w odniesieniu do gender ograniczając się do epatowania ideami „równouprawnienia”, „równości”. Podobnie jak omijają owo sedno ulotki „Konsoli” wyłożone w szkole podstawowej w naszej gminie. Za pieniądze wielkopolskiego samorządu, nota bene.
W świetle tego, co powiedziałem wyżej, ludzie owi publicznie, celowo i świadomie używają terminów, które znaczna część ich słuchaczy i widzów rozumie inaczej, niż oni. Za używanymi słowami kryją się idee i zamiary, od których tym samym słuchaczom powstałyby włosy na głowie, gdyby wiedzieli, o co w istocie chodzi.
A chodzi o wprowadznie, per faset nefas, prawnych regulacji, które zabronią krytyki tego, co obecnie większość Polaków uznaje za niemoralne, nieakceptowalne, nie do wiary, niesmaczne, niedobre. A kiedy regulacje zostaną już wprowadzone, to będzie, jak się to mówi, po ptokach.
O tym trzeba mówić, choć mówić o tym trudno (jak widać na załączonym obrazku), bo przeciwnik jest jak piskorz. To duże szczęście, że Kościół wziął na siebie początek dyskusji i stworzył dla niej punkt odniesienia.
deser
Na deser zostawiłem tekst prof. Izabeli Kowalczyk, znanej reprezentantki gender studies i uczestniczki wczorajszej dyskusji w Teatrze Ó., umieszczony dobrych kilka dni temu na jej blogu. Jest ona absolwentką naszego Instytutu, zatem byłą studentką i koleżanką części z sygnatariuszy listu. Nie odniosę się do całego tekstu, zostawiam to innym (vide liczne komentarze podblogowe). Tu tylko dwie uwagi. Otóż prof. Kowalczyk nie może zaprzeczyć, że owa część sygnatariuszy po prostu dobrze zna teorię gender. Co ją niepomiernie dziwi:
Paradoksem tej sytuacji, a jednocześnie dowodem hipokryzji jest fakt, że niektórzy sygnatariusze tego listu z teorii genderowych sami nie raz korzystali.**
Następuje tu przytoczenie publikacji oraz wykładów rzeczonych sygnatariuszy, w których omawiali lub wykorzystywali elementy teorii gender. Najwyraźniej autorce nie mieści się w głowie, że można zarazem coś znać – i mieć do tego czegoś stosunek zdecydowanie krytyczny. To dla niej do tego stopnia dziwne, że zjawisko dość oczywiste nazwała hipokryzją. I dalej stwierdza:
Coś tu chyba nie gra, z wszystkim można dyskutować, do wszystkiego warto podchodzić krytycznie, ale zastanawia mnie, co może być wątpliwego w teoriach, które tu przywołałam? Czy można dzisiaj uprawiać historię sztuki tak, jakby teorie płci kulturowej nie istniały?
Oczywiście, że „coś tu chyba nie gra”. Ciekawe, co? Odpowiedź na to pytanie przekracza wyobraźnię Pani Profesor, więc na koniec stosuje wobec swoich niedawnych kolegów i wykładowców nienowy, klasyczny chwyt. O, taki:
[…] koledzy historycy sztuki pogubili się w tym, czym się zajmują. Dlatego, abstrahując już od tego nieszczęsnego listu, można postawić bardziej ogólne pytania: Jaki jest model historii sztuki, którą chcą oni uprawiać? […] Co wartościowego wnieśli do badań nad najnowszą sztuką polską? […] Wydaje się, że część poznańskiej historii sztuki zasklepiła się w swoim zamknięciu na współczesność, niczym w jakiejś skorupie. Czy taka historia sztuki ma w ogóle sens?
Nie mam więcej pytań. Jakby ktoś wątpił, że słowa powyższe przytaczam dosłownie, mogę przesłać skrina.
*cytaty pochodzą z GazWyboru [TU]. GazWyborowi rzadko dowierzam, ale skoro Teatr Ó. i obecni na dyskusji jakże często idą z tymże medium ramię w ramię, poważam się przytoczyć ich wypowiedzi za nim.
**cytaty pochodzą z bloga prof. Izabeli Kowalczyk [TU]


Komentarze
Pokaż komentarze (3)