Poczułem się całkiem pocieszony informacją o wywiadzie, jakiego udzielił pan Wolfgang Templin, dawny opozycyjny enerdowiec [tu], który wspomaga (Templin, nie wywiad) „europeizowanie” naszej Ojczyzny, biadoląc zarazem nad jej zacofaniem i wypowiadając się przy okazji o polskiej burzy wokół gender.
Tak, poczułem się pocieszony, bo każda taka ideologiczna wypowiedź może „otwierać oczy” rozmaitym niedowiarkom, którzy bez tego nie podejrzewaliby nawet, o co się rozchodzi. Po przeczytaniu takiego wywiadu – wiemy więcej.
Oczywiście jest i druga strona medalu – wskutek tego rodzaju wypowiedzi następuje także szersze rozwarcie lewiatanowej paszczy, rozwarcie bluzgogenne, dające sygnał do rozszerzenia zakresu kłamstw i propagandowych krzyków.
Ale do rzeczy. Już w tytule wywiadu czytamy, że "w Polsce są dwa przeciwstawne światy, które nie są nawet skłonne do politycznej koegzystencji". A dalej Templin rzecze m.in., że w kraju naszym –
Dyskusje na temat gender są całkowicie irracjonalne, są oparte nie na argumentach, lecz na przesądach, na obwinianiu za wszelkie zło i na dziwnych interpretacjach.
Otóż parę razy byłem świadkiem dyskusji nie tyle na temat gender, ile z tzw. dziś genderystami na tematy katolickie. Działo się to już dość dawno temu, wtedy, gdy żyliśmy jeszcze w Polsce „mającej” na bliskim horyzoncie papieża-Polaka. Dlatego też pewnie GazWybor et consortes nie dotykali wtedy zbyt mocno pewnych tematów, muskając je zaledwie. Śmielsze wykwity głupoty genderowej pojawiały się jedynie w „branżowych”, marginalnych z punktu widzenia mejnstrimu czasopismach.
Otóż odniosłem wówczas wrażenie nieco podobne do tego, jakie odnosi obecnie pan Templin, lecz dokładnie odwrotne; że otóż dyskusja z udziałem genderystów, dotycząca społeczeństwa, Kościoła, katolicyzmu, wiary, modelu rodziny – opiera się „nie na argumentach, lecz na przesądach, na obwinianiu za wszelkie zło i na dziwnych interpretacjach”. Tak.
Bo mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że argumenty genderystów, jakie przyszło mi usłyszeć, były mityczne lub pół-mityczne, oparte w znacznej części na pseudonaukowym bredzeniu. I to mi na długo wystarczyło.
Podam konkretny przykład. Któryś z dyskutantów na podstawie pewnego konkretnego tekstu Jana Pawła II wysnuł wniosek, że z papieskich słów wynika przekonanie, iż „gwałt jest dla kobiety związany z przyjemnością seksualną” (cytuję oczywiście z pamięci, więc może nieprecyzyjnie, ale sens był taki właśnie). Po czym ten sam dyskutant, twardo uznając taki punkt widzenia za właściwy dla Kościoła Katolickiego, usiłował nadal rozmawiać z katolickimi adwersażami, uznając ów wniosek za nienaruszalny punkt wyjścia dyskusji. Ani kroku w lewo czy w prawo. Aksjomat.
Jak się państwo sami domyślacie – tego rodzaju dyskusja była po prostu niemożliwa. Ale obie strony wyszły z niej przekonane o swojej wyższości. Kto zaś miał rację? Kto wychodził od fałszywych przesłanek? To pozostawiam już ocenie szanownych Czytleników. Co będę się męczył i gimnastykował, albo komu narażał.
Dodam tylko, że, jak wiemy, na podstawie fałszywych przesłanek można wyciągnąć dowolne wnioski, które warte są... no właśnie. Dyskusja oparta na fałszywych przesłankach nie żadnego sensu. Bo o czym tu dyskutować? I po co?
Nie mówię oczywiście o wszystkich wypowiedziach z kręgu teorii gender. Nie. Ale zetknąwszy się z powyższym syndromem, zostałem na amen zaszczepiony i trwale uprzedzony. I choć generalnie zgodzę się, że z intelektualnym przeciwnikiem dyskutować trzeba, to jednak wiem, że nader często - lepiej robić coś innego. A co? Odpowiedzcie sobie państwo sami.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)