22 obserwujących
1049 notek
432k odsłony
  36   0

Tajemne obcowanie - część XVII

Zygmunt Jan  Prusiński
Zygmunt Jan Prusiński

TAJEMNE OBCOWANIE - część siedemnasta
Dział: Kultura Temat: Literatura


Zygmunt Jan Prusiński


DOTYK - PIEŚŃ W ŚRODKU MIASTA

Ukryj mnie
bym czuł zapach twój
podnieconej kobiety -
tak dawno nie kochałem
w pieszczotach wzniosłej aprobacji
w skrzydłach cyganerii bożej
skrzypce z wiolonczelami
niby kapryśne
a jednak słyszę zew miłości.

Bądź kształtną w wierszu
pozdrawiam wiekuiste dobro
kiedy uniesiesz biodra
w tej potajemnej skrytce
masz coś dla mnie
otworzę ją - mam kluczyk
na wszelki wypadek...

Niech poderwie się pieśń miasta
niech korzenie przemówią
od czasów pierworodnych

- istnienie ludzkie zależne jest od drzew.




DOTYK - ROZLEWANIE HERBATY

Tymczasem
jest rozlewanie herbaty
siedzisz w cienkim szlafroku
wiem że jesteś naga
jak pacierz w polu...

Stół nas dzieli
przyglądasz się moim oczom
niebieskie zaloty więc niebiesko
możesz mnie odbierać -
proszę o delikatność.

Podniecona jak kobieta -
podniecony ja jak mężczyzna
pijemy herbatę
zagęszczamy krąg
by rozmawiać stopami pod stołem.

Liczysz minuty
bym wstał z krzesła i podszedł
na twoją stronę - rozwidniając
że też jestem nagi pod szlafrokiem -
rękę wsuwasz jakbyś chciała się ogrzać.

Zaczyna się spływ
odchylasz piersi - soczystość
jak słoneczne skały odbijają rozkosz -
odbierasz mnie sukcesywnie
rozchylając swój mały świat.




DOTYK - NAUCZĘ TAŃCZYĆ MIĘDZY KROPLAMI

Maluję ciebie w czarnej sukience
luźna jest i zwiewna
bądź bosa i bez bielizny

nauczę cię tańczyć między kroplami
skup się na ruchu
to ważny element by dotrzeć

poczujesz mój instrument
taktowny by strącać z gałązek
snu milczące krople...




DOTYK - WE MNIE I W TOBIE

Motto: Zbliża się chwila spotkania
pod radosnym dębem...

Jeśli cię ujrzę w sukience
a pod nią moje pragnienie

orzechami nakarmię z leśnego ugoru

jakby w tajemnicy poszukać
smak twoich ust by uśmiech przekazać
w dostojności niebieskich liści
tuż nad morskim urwiskiem.

Rozgrzeszyć ciało
wtulić minuty pomiędzy brzegami
okazać męskość z czułą poświatą

rysunkiem palców zaznaczyć
co znaczy to spotkanie
pod radosnym dębem...




DOTYK - CIENISTOŚĆ ZUPEŁNIE INNA

Motto: Schyl się., będą pieszczoty...
- Tul mnie i mój narząd tul...

Nie gaś światła
niech patrzą nasze spojrzenia

wzajemne dotyki tworzą wzrastanie
to poetycki ruch ciała

nie wolno wątpić że coś możemy zgubić po drodze
przecież jesteś przygotowana być gwiazdą wieczoru

oczaruj mnie i zaiskrzyj artystycznym odbiorem.

Będę cię kochał wystarczającą metaforą
wyrwaną z korzeni milczącego drzewa

z kilku moich wyznań we wcześniejszych wierszach
w których jest tyle zażyłości nie tylko w parku.

Skup się nad moim dążeniem byś była szczęśliwa z poetą!




DOTYK - OTWÓRZ SIĘ NIE TYLKO WIATREM

W życiu jest tyle ścieżek w przyrodzie
w jakiś sposób instynktownie wybieramy
tę właściwą by dojść do tajemnicy
kiedy sami rozbierzemy się wzajemnie
by nagość witać pocałunkami.

Szczebioczesz gdy ręka głaszcze twe uda
tak bliziutko narząd twój szuka melodii -
płynie pragnienie zatacza półkole
wbijam się w tobie kulturą wschodu
czekasz na spływ moich źródeł...

- Otulę cię przed snem w gaszącym świetle!




DOTYK - DZIEŁO WIERSZY KTÓRE ZBIERAM Z ROSY

Mogę ci mówić o moim dążeniu
opowiadać nawet w szczegółach
starannie ułożę scenerie -
drzewa mi pomogą i krzewy
i ty będąca moją różą...

Rozkocham cię w cichej melodii
będziesz czuła frazy - drżenie struny
w końcowej fazie szczytowania
w intymnym zagęszczeniu -
zerwiesz wiersz jak owoc z gałązki.

- Czy chcesz tych spotkań więcej
w czeluści dzieł w sztuce wewnątrz?


Wiersze z książki "Tajemne obcowanie"


_____________________________________________________________


Kazimierz Furman (1949-2009)


http://3.bp.blogspot.com/-3bM72L270AQ/UK4CHgvgdCI/AAAAAAAAM7Q/NqdvszIHkBg/s320/portret_furmana_dryll.jpg
Furman w barze - Piotr Dryll

Beata Patrycja Klary

W ciemnych ciuchach i z owiniętą w biały szal szyją – taka stylizacja była charakterystyczna dla  Kazimierza Furmana. Nigdzie nie zagrzał miejsca; żadna praca (z wyjątkiem literackiej) nie pociągała go. Był obecny w życiu literackim od roku 1974, kiedy zadebiutował wierszem wydrukowanym w „Nadodrzu”. To późny debiut – bo Kazimierz miał wówczas 25 lat.  Ciągle w drodze – z konkursu na konkurs – od jednego krytyka do drugiego – od jednej książki do kolejnej. Buntownik, człowiek łamiący zasady. Styl bycia miał wolny, choć zdarzyły się mu trzy żony i dzieci. Nikogo się nie słuchał, nikogo nie wyróżniał, chciał być odmienny w życiu i pisaniu. Do poezji dochodził poprzez czytanie. Uwielbiał Różewicza, Pounda, Kornhausera. W swojej poezji (jak i w życiu) był ostry, złośliwy. Jego cięty język wyrażał przekonanie, że w życiu liczy się szczerość, uczciwość, że tylko ludzie prawdziwi warci są zainteresowania. Najczęściej jednak pisał o śmierci, z którą wadził się, którą nawet sam (w jedynej próbie samobójczej) prowokował. Ból i swoje ludzkie brzemię opisał w dwunastu książkach: Powrót do osłupienia (1976); Kształcenie pamięci (1980); Drzewo grzechu (1989); Kalendarz polski (1993); Wiersze (1995); Furman w fotografii Zenona Kmiecika (1996); Doświadczanie obecności (1997); I jeszcze nic nie wiem (1998); Odmienne stany obecności (1998); Autoportret z drugiej ręki / Selbstporträt aus zweiter Hand (1999); Drzewo grzechu (2000); Brzemię (2009).

Ostatni tom Brzemię stanowi szczere podsumowanie życia poety. „To gorzka książka – wyznaje w końcu Furman – leżała w szufladzie trzy lata. Grzebałem co jakiś czas w niej, dodawałem, aż wydałem. To wybór z kilkudziesięciu lat. Jest tam jakiś rachunek sumienia, jest wadzenie się z Bogiem (Słowacki mnie podpuścił). Kilka lat przed moją chorobą bolało mnie tylko życie, ale nie ciało. Bolał mnie kraj. Taka moja utarczka z Bogiem, ścieranie się, trwało już ponad 20 lat. Czasem się na Niego wkurzałem, nawet jak nie pisałem. Nawet raz w życiu próbowałem się utopić, ale że mnie wyciągnęli, to nawet do dziś mam pretensję. Miałem wtedy może właśnie 25 lat i później już więcej nie próbowałem, wolałem pisać. Tytuł Brzemię odnosi się do ciężkich czasów, kiedy pusto było w sklepach, nie było niczego poza octem. Życie ludzi było trudne, istne brzemię, które musieli każdego dnia znosić” (Rozmowy z piórami, 2012).


           * * *

Urodziłem się z łona jakiejś kobiety
Pamiętam że od razu coś mi się tu nie podobało
Krzyczałem a nawet wierzgałem jak koń bez powodu
Chociaż nie
Chyba byłem mordowany bo ociekałem krwią
I o to cały ten wrzask

Ta kobieta też krzyczała
Rozerwana na strzępy
Przypominała sobie wszystkich kochanków
I aż wstydzę się mówić co o nich myślała
Ale to nie jest grzechem w takiej chwili
I Bóg wybacza

Łasiłem się do jej piersi dwa może trzy lata
Ona wie to najlepiej
Grona sutek pęczniały mi na wargach
Karmiłem się ich widokiem
Oswajałem się z ciałem
Stawałem się jej kochankiem
Chciałem zanurzyć się w jej wnętrzu
Rozejrzeć się
Rozpoznać
Zapamiętać

Znów chciałem być z nią jednym  

* * *


Umarł artysta Andrzej Gordon
Znawca żółcieni czerwieni i brązów
Kolorów tak ciepłych jak piersi kobiet
I opiekuńczych jak przytulny kąt
Umarł
Bo taka jest za życie cena

To na nic Hirku teraz wszystkie „gdyby”
Gdy jego wolą było to poznanie
My też wleczemy życie w tamtą stronę
Do odgadnięcia

Umarł też człowiek
Zjadacz fasolki po bretońsku w mlecznym barze
Pieszczoch szklanicy dupy i kobiecych ud
Kolega i brat

Nie chcę Go sądzić
Bóg który we mnie jest
Waha się nad każdym słowem zdania
Przecież tak łatwo palnąć jakieś głupstwo
A ono wryje się w pamięć jak w ziemię pług
Która w opiekę Go bierze
Jak matka niemowlę
Bo Andrzej był prawie jak niemowlę

Teraz wiosłuje w charonowej łodzi
W stronę Jasia Korcza
Który Go pozdrawia machając kapeluszem
Wpadli sobie w ramiona
Wspominają Gorzów
Mówią o pracowni
Jasiu mówi chichocząc
To ja Ci podłożyłem nogę

O nas nie mówią nic
Może nie warto mówić o umarłych
Bo życie jest śmiercią
Jeśli spojrzy się na nie z tamtej strony

Zatem cześć Andrzeju i do zobaczenia
W kraju wiecznie żywych
 
październik 1992    

 
Brzemię

Bękarcie nieba pogodnego
Któryś zniewolił i martwe i żywe
Ciało Chrystusa na krzyżowym stosie
Którego męka skwierczy ludzkim tłuszczem
I podków szczęśliwość zdjętą ze zdechłych koni
To jakby w kości przodków ręce zakorzenić
Bezczeszcząc pamięć życia i szkieletów
 
Byłeś pisklęciem kukułczym wyklutym w mym łonie
Bękartem czasu i jego powiewem
Jako wilk wściekły z ostrokołem kłów
Aż je próchnica czasu nie zeżarła
Na ziemię pamięci
I na pamięć ziemi
Takoż się Kain od brata odżegnywał
Tak się ta ziemia gruzom swym kłaniała
 
Niosłem w sobie jej brzemienny ciężar
W którym głód skomlił
I nóż fałszywie dobywał z kieszeni
By kroić nim pole na chlebowe kromnki
Na którym kobiety boskie krzyże znaczą
Mężowie w mozole ważą sól na plecach
A dzieci beztrosko sikają w ściernisko
 
Niosłem twą wagę
Na jednej szali zawisł ochłap dobra
Druga u głowy ucięta dyndała
Jakby chciał topielec wynurzyć się z wody
Która mu ściska szyję rąk kręgami
By życia pozbawić
A płacz się nie rodził z tej sprawiedliwości
Choć w oczach łez ocean przybierał
A drzewa straszył nagły nawrót wiatru
Który w swym zamyśle miał oczy odmrażać
I w takiej chorobie śniegiem je zasypać
Nie piaskiem a śniegiem
By nie było słychać dudnienia o trumnę
 
Niosłem te twój czerwony kamień
Od krwi - od jej wrzenia - aż skronie pękały
Tak drzewa na mrozie rodzą ból spod kory
Kobiety kurwują gdy im przyjdzie zrodzić
A w oczach ich rany łzawią się gromami
I stawało się krecio
Grobem majaczyło pod narzutą ziemi
Skąd głos się dobywał
Szeptem
Który spoczął na skrzydłach wiatraków
By w pamięci mącznej ziarno swe pogrzebać
Jakby powtórnie ziemia miała rodzić
 
I jakbym stanął nad jej brzemiennością
Syn ojcowskiej kosy
Puszczam w ruch wyklepaną ostrość
A skrzydło wiatraka upada pod nogi
Jak mewy błysk odbity w lustrze oceanu
A orzeł kołuje
I słyszę ciche rodzenie się chleba powszedniego
Jest to pole wtedy jak ugór kobiecy
Nagie
Gdy sprzątnięte
Szczęśliwe gdy rodzi
Ty u wagi stajesz
Ty którego imienia nikt nie zna na pamięć
 
A pole
Ta ziemia
Kraj cały w granicach przebrzmiałych
Ziemia bez której życie traci sens
Korzeniami
Darnią
Strzelistością drzew
Wspina się ku niebu
Wołając o pomstę gór błyskawicami
Szeptem modlitewnym
Sercem
Które wzlatuje w górę bez kamienia
Do wrót niebiańskich kroplami krwi puka
 
Ty dłonie wyciągasz
 
Pole dojrzałe ucieka w cień lasu
Człowiek zostaje z nadstawioną dłonią
Człowiek żebraczy
 
Pęka krajobraz
Horyzont się łamie
Niosłem tę gorejącą gwiezdność
Przybitą mej twarzy historycznym skoblem
Na kraj lawiną spłynął warkocz ognia
Ludzie w przestraszeniu opuszczali domy
Nieśli walizy
Bo tyle nieść mogli
 
Niosłem miast krzyża i ziemi brzemiennej
Wątpliwą przyjaźń mrożonego śniegu
Idąc przed siebie poganiany psami
Kąsany słowem
Nękany zakazem
Szedłem swym krajem w głogu cierpliwość
I w paproć co rani
 
Dźwigałem matkę ojca i pradziada
Na rękach wiotkich jak brzegi z wikliną
 
Szedłem przez miasta które umierały
Przez kalendarz szedłem kryjąc ważne daty
Schodziłem ze sceny
Słyszałem oklaski tłumione pałkami
A dziady z tej sceny wyszli na ulice
 
Szedłem
A wszystko naokół płonęło
I nagła radość wkradła się do serca
W ustach poczułem smak świeżej padliny
Splunąłem w pysk ciepłej bestii życia
Chuja obnażyłem
Kto chce niech zobaczy
Pościel wyjąłem całą w spermawicie
Aż zdziwił się księżyc
 
Imieniem zwałem korzenione dłonie
Nazywałem krajem ból serdecznych dat
Cicho wyzwalałem nadzieję
Jeszcze ciszej wątpienie i wątpienia kształt
 
I oto stoję ze złamanym skrzydłem rozgwiazdy
Przeserdecznie modlący się w sobie
Jakbym za chwilę miał zdechnąć
Jakbym za chwilę znów miał się narodzić
 
I nieruchomieje szala wagi
A dłoń spoczywa w kieszeni
Gdzie nóż ukryty
Nóż
Którym kartofle rozbieram do naga
Jak kobietę z majtek
 
I jest ptak we mnie
I nie ma już góry
Daleka mi rzeka
Do stóp się łasi swoim drugim brzegiem
I nie ma gwiazdy na pogodnym niebie
Sierp księżyca znikł
 
Radośnie wybuchają zaciśnięte pięści
Następuje rozkurcz uciskanych dni
 
Czerwiec 1980
 
Z tomu: Brzemię (2009).                                                        
                          

http://1.bp.blogspot.com/-OzqImVnAtUo/UK4DBIn6DkI/AAAAAAAAM7Y/vf3TqS6wIGY/s320/portret_Furmana_Piotr_Dryll2.jpg
Furman pod drzewem
Piotr Dryll
 
 „Etykieta buntownika wlecze się za mną. Poeta zbuntowany czy przeklęty - ch... wie, kto tak sobie wymyślił. Ale co to znaczy, czy jak napity poeta wpadł do wody i się utopił, to znaczy, że był zbuntowany? Nie, to tylko był pijak, który się utopił. Nie miałem założenia być zbuntowanym. Oczywiście dużo pisałem o śmierci, ale to nie znaczy, że ją kochałem mendę jedną. Styl bycia miałem wolny. Ubierałem się inaczej, po swojemu, na styl końca XIX wieku. Ale nie pozowałem na kogoś specjalnego, kogoś zbuntowanego. Lubię czarne rzeczy i tyle. Takie ubranie nie jest pozą, to tylko mój styl. Jasne, że nie miałem prawie nigdy swojego domu, rodziny (choć w międzyczasie trzy żony i dzieci). Bywałem w burdelach, na panienkach, ale to objaw buntu tylko dla ograniczonych ludzi. Nazywali mnie menelem, wytykali palcem na ulicy. Dla mnie to żaden bunt. Ale bunt w poezji wartość swoją ma. Tylko nie wiem jaką” (Rozmowy..., 2012).



http://4.bp.blogspot.com/-z56IS9jweEw/UK34oZ7HhKI/AAAAAAAAAFA/VtDVtN5OCbI/s320/furman_artysci500x400932979523.jpg
Furman, płyta CD (MCK w Gorzowie Wielkopolskim)

1. Kiebrzak/WPP - Inne bogactwo
2. Żółte kalendarze - Już wrzosy zakwitły
3. Anteny - Choćbyś chciał
4. Żółte kalendarze - Es ist nicht wahr...
5. Karotka - Niedomówienia
6. Żółte kalendarze - Tyle światła
7. Anteny - Inwokacja
8. Macio Parada - Cierpliwości
9. Anteny - Z boku widziane w mroku
10. WPP+Głosy - Uwikłany w codzienność
11. UL/KR - Gdy staje się twoja nieobecność


 Kazimierz Furman w oczach innych:

Twórczość  Kazimierza Furmana to pewien etap, ważny dla świadomości dwudziestowiecznej. Najogólniej rzecz biorąc byłaby to świadomość proletariacka i wartości proletariackie. Zauważyć warto, że literatura polska, a poezja zwłaszcza była wiejska i szlachecka ze swej genezy. Świadomość proletariacka zaczęła się rodzić w XIX wieku. Wtedy był problem bardzo istotny i jest istotny do dziś: co to jest ta świadomość proletariacka i kto ją wytwarza? Jakie są skutki awansu społecznego? Właśnie ten pozorny awans był źródłem konfliktów wewnętrznych Furmana, jego krytycznego spojrzenia na literaturę i rzeczywistość, jego postawy życiowej. Z jednej strony Furman czuł wyjątkowość poezji jako zjawiska, wyjątkowość tych, którzy potrafią ją tworzyć, a z drugiej strony widział miałkość pozornych splendorów, odczuwał na własnej skórze trudy zmagań z codziennością.

Andrzej Krzysztof Waśkiewicz


Był chłopcem z marginesu, miał na nadgarstku wytatuowaną literę "U" co znaczyło "ultio", a po polsku brzmiało "zemsta". Był to znak, że kiedyś zetknął się przelotnie z satanistami-mścicielami. Nosił w uszach kolczyki, włosy wiązał w kitkę: miał modną w tych czasach, jak mówiła pani MM, "fryzurę łysych". Nigdzie nie pracował. Utrzymywał się z drobnego handlu, gry w karty, pieczeniarstwa. Pił bardzo mocną herbatę, piwo, wódkę, czynszu za mieszkanie nie płacił, w czym był podobny do malarza swego czasu, Andrzeja Gordona, ale za tego czynsz na ogół płaciło miasto, plastyków zawsze w Gorzowie faworyzowano. Pisał wiersze.. Wysyłał swoje utwory na różnorakie konkursy, by parę złotych zarobić, często konkursy wygrywał, nabrał nawet w tym względzie pewnej profesjonalnej wprawy. "Muszę obsłużyć lampkę górniczą" - mówił o konkursie śląskim. "Muszę obsłużyć Popiełuszkę" - mówił o konkursie, jaki ogłoszono w rocznicę zabójstwa księdza. Jego stosunek do tych konkursów był ambiwalentny: są wariaci, co ogłaszają konkursy do obesłania i wygrywania przez Furmana, tedy wypijmy ich zdrowie za ich pieniądze. Tu Furman był bliski demoralizującego tytułu-hasła Andrzeja Wajdy Wszystko na sprzedaż.

Zdzisław Morawski

http://artpubliteratura.blogspot.com/search/label/Furman%20Kazimierz


Zobacz galerię zdjęć:

Zygmunt Jan  Prusiński
Zygmunt Jan  Prusiński Zygmunt Jan  Prusiński Zygmunt Jan  Prusiński Zygmunt Jan  Prusiński Zygmunt Jan  Prusiński Zygmunt Jan  Prusiński tańczy ze swoją mamą (94 lata) Muza - Joanna Jaworska Muza - Joanna Jaworska Muza - Joanna Jaworska +4 zdjęcia +5 zdjęć
Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale