Bartoszewski był ciekawym człowiekiem. Jak typowy polski inteligent miał lekko różowe zabarwienie ideologiczne - a tragedia Żydów spowodowała, że do końca życia uważał, wbrew własnym chęciom, że trzeba im to jakoś specjalnie rekompensować. Z tego powodu był bardzo nielubiany przez anty-semicką część Prawicy (i Lewicy też).
Jako minister Spraw Zagranicznych dał się poznać z wypowiadania tysięcy słów w tempie karabinu maszynowego. Między nimi trafiały się i całkiem niedyplomatyczne - więc dość szybko usunięto Go z tego stanowiska. Na pocieszenie otrzymał synekurę: posadę szefa Rady Nadzorczej LOTu.
I tu nastąpiła rzecz nieoczekiwana. Bartoszewski zamiast spokojnie inkasować miesięcznie 20.000 zł - potraktował funkcję serio. Przyjrzał się rachunkom LOTu - i... zrezygnował z posady oświadczając, że nie będzie firmował swoim nazwiskiem takiego bagna (przypominam: LOT to jedna ze spółek służących transferowaniu dotacyj rządowych na tajne konta służb specjalnych).
Na emeryturze najwyraźniej się nudził, bo mniej-więcej raz na miesiąc dzwonił do mnie ok,. 1.szej w nocy i powołując się na przyjaźń ze śp.Stefanem Kisielewskim pouczał mnie, strofował, a czasem nawet chwalił. Najwyraźniej zazdrościł mi tego, że jako człowiek niezależny mogę wywalać kawę na ławę. Było to trochę kłopotliwe, bo trwało często ponad pół godziny. Nauczony jednak jestem, że szczeniak nie powinien przerywać starszym...
Ostatni raz widziałem Go w Sejmie w dniu exposé JE Grzegorza Schetyny. Przeraziłem się: niemal mnie nie poznał; powiedział coś o moim Stryju Tadeuszu, który zginął w Bitwie nad Bzurą jako d-ca 15. pułku Ułanów Poznańskich...
... i odszedł.



Komentarze
Pokaż komentarze (64)