"A cóż to jest za bajka? Wszystko to być może! Prawda, jednakże ja to między bajki włożę."
Wreszcie ogłosił, i tu kot zacytuje: "W Polsce należy doprowadzić do tego, by taka para [homoseksualna - k_b], bez żadnej ceremonii czy podpisywania aktów, miała takie same prawa jak para małżeńska - by mogli się wspólnie rozliczać z podatku, dziedziczyć po sobie, by nie mieli kłopotów ze sprawami majątkowymi. To się tym ludziom należy."
Zdumiał się kot niniejszego bloga niesłychanie i to nie tym, że SLD chce wprowadzić do naszego prawa związki jednopłciowe, ale tym, że taki związek miałby powstawać "bez ceremonii i podpisywania aktów." Toż jak się dwoje ludzi płci odmiennej ze sobą wiąże, to muszą albo do księdza cywilnego z parafii USC, albo do takiego zwykłego się pofatygować, odbyć ceremonię i akt podpisać. To dlaczego LGBT mieliby mieć łatwiej? A skutki jakie by były - jak udowodnić istnienie takego związku? Jak policzyć, od kiedy mogliby się wspólnie opodatkować, jak sprawdzić, czy ktoś bigamii nie popełnia? Swoją drogą ciekawe, czy pociagnęłoby to za sobą nowelizację kodeksu karnego...
Pomyślało kocisko: od tego oni lewica, żeby takie rzeczy proponować, w końcu występowanie w imieniu mniejszości (ex def - prześladowanych), to ich broszka. Potem przypomniało sobie kocisko, że:
- jedyna w historii Polski zorganizowana przez państwo antysemicka heca jest dziełem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. I proszę mi nie mówić, że tylko jakiejś "frakcji." Partia odpowiada za czyny funkcjonariuszy;
- to tzw. "władza ludowa" przeprowadziła akcję "Hiacynt" polegającą na rejestracji osób o orientacji homoseksualnej jako potencjalnie zagrażających PRL;
- tylko siły postępu wyciągały na wierzch rzekome skłonności homoseksualne polityków prawicy i próbowały użyć tego argumentu by dyskredytować przeciwników politycznych. Kot niniejszego bloga pamięta nawet wywiad udzielony przez działacza LGBT, w którym jednym tchem zarzucił poprzedniej administracji homofobię i zasugerował istnienie głębokiej, homoerotycznej więzi między premierem a ministrem sprawiediliwości.
Jak na obrońców uciśnionych - nietypowo
Pan Grzegorz Napieralski ani słowem się do tych drobiazgów nie odniósł, co nie dziwi i dziwić nie powinno. Nie zapytał o nie także interwiewujący go dziennikarz,
co kota niniejszgo bloga zdumiało tak, że wciąż ze zdumienia wyjść nie może.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)