"Rzeczpospolita" twierdzi, że "Dyplom daje zarobić", bo osoba z wyższym wykształceniem zarabia średnio 5,1 tys. zł brutto, czyli o 2,2 tys. więcej, niż człowiek po maturze. Taki ze średnim wykształceniem zarabia więc średnio 2,9 tys. W dodatku, według "Rzeczpospolitej" "nie ma w Polsce branży, w której osoba z wyższym wykształceniem zarabiałaby poniżej średniej krajowej (ok. 3125 zł)." Nawet, jeśli średnio, to trudno kocisku uwierzyć.
I popatrzył sobie kot niniejszego bloga na siatki płac nauczycieli akademickich. Ustalane rozporządzeniem Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Wychodzi, z nich, że w sprzyjających warunkach wynagrodzenie odpowiadające średniej krajowej osiąga dopiero doktor habilitowany, a i to, jeśli uczelnia da mu stawkę bliską maksymalnej. Ponieważ maksima mało kto dostaje, popatrzmy na najniższe wynagrodzenie dla pracownika naukowego: asystent: 1740 zł, , adiunkt - 2710 zł (trochę mniej niż po maturze), dr hab. 3060 (mniej niż średnia krajowa), profesor nadzwyczajny - 3570, zwyczajny - 3830.
Potem kocisko przypomniało sobie, że są też nauczyciele w szkołach powszechnych. Też mają ustawowo zagwarantowane minimalne wynagrodzenie. Taki belfer z kwalifikacjami pedagogicznymi dostaje jako stażysta co najmniej 1418 zł., jako nauczyciel kontraktowy 1644 zł., jako mianowany - 2014, jako dyplomowany (rzadkość) 2380 zł. Nawet nie zbliży się do wynagrodzeń, o których pisze "Rzepa."
Płaca minimalna - 1126 zł. Od przyszłego roku - 1204.
Kot wie, że średnie są zawodne. Że liczono pracę na wszystkich etatach, jakie miał badany delikwent. Że w tej grupie z wyższym wykształceniem jest asystent prowincjonalnej uczelni, premier RP i prezez PZU. Że uczeni mają 50% koszty uzyskania części przychodów - też wie.
Naprawdę, kot to wszystko wie.
Tylko kot niniejszego bloga chciałby wiedzieć, dlaczego Rząd Rzeczypospolitej, tak zainteresowany przecież rozwojem "kapitału intelektualnego" i "inwestowaniem w przyszłość," nie jest w stanie zapewnić uczonym i nauczycielom wynagrodzeń pozwalających im na utrzymanie rodziny bez konieczności brania "fuch." Przy tak ustalonych wynagrodzeniach do pracy w szkole, nie mówiąc o naukowej, będą szli ci, którzy nie umieją znaleźć sobie uczciwej roboty, albo nieliczni ideowcy, którzy pracowaliby nawet za darmo, bo tak trzeba.
I krótkie kocie pytanie - czy to jest efekt planowej polityki Rządu Rzeczpospolitej (niekoniecznie obecnego, bo grzeszyły niemal wszystkie), czy po prostu tak wyszło.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)