Kot niniejszego bloga zepsuł sobie dziś poranek lekturą "Rzeczpospolitej." Doniosła ona na pierwszej stronie, że Sławomir Cenckiewicz odchodzi z IPN. Przyczyną miały być wywierane na prezesa IPN naciski. Ponoć politycy związani z obecną administracją grozili zabraniem Instytutowi grubych milionów z funduszy przeznaczonych na jego funkcjonowanie, jeśli dr Cenckiewicz nie straci stanowiska.
Powodowany troską o dobro IPN uczony złożył dymisję. Nie przyjął innego, mniej eksponowanego stanowiska uważając, że póki będzie pracownikiem Instytutu, póty ośrodek ten będzie narażony na szykany ze strony władzy.
Wiadomość ta dobrze świadczy o postawie Pana Sławomira Cenckiewicza, bardzo źle zaś o sposobie sprawowania władzy przez polskich polityków. Otóż nasi patres conscripti uważają, że mogą swobodnie wyznaczać kierunki badań, obcinając fundusze tym uczonym, których poglądy, kształt nosa lub wyniki badań (zwłaszcza te ostatnie) się im nie podobają. Trochę, jak klient wrzeszczący na subiekta "Ja płacę, ja wymagam!"
Ponieważ niemal wszystkie instytucje badawcze w Polsce są finansowane ze środków publicznych, zachowanie polityków, jeśli stanie się normą, może uniemożliwić krytykę naukową. Uczony będzie się bowiem zastanawiał, czy jeśli wyjdzie mu coś innego, niż chce władza, jego uczelnia nie straci dotacji, a on sam źródła utrzymania. Ba, nasz uczony zacznie się bać, czy publikując wyniki badań nie obrazi jakiegoś polityka, albo co gorsza, czy jego odkrycie nie zagrozi interesom gospodarczym przedsiębiorcy wspierającego konkretne stronnictwo. Jak dojdzie do wniosku, że temat jest zbyt niebezpieczny - badań ze szkodą dla siebie i kraju zaniecha.
Jest to szczególnie niebezpieczne dla humanistów i przedstawicieli nauk społecznych - historyków, politologów, socjologów i prawników, dla których przedmiotem badań jest sytuacja w Polsce. Odcięcie ich od funduszy czy choćby dostępu do archiwów przekreśli kariery naukowe, a co gorsza sprawi, że o pewnych sprawach nie dowiemy się nigdy. Uczeni ci, jeśli zdecydują się na emigrację, będą musieli zmienić przedmiot badań. Z Oxfordu lub Princeton Polskę badać trudno. Inżynierowie czy fizycy mają lepiej - nauki ścisłe z takim samym albo i większym powodzeniem można uprawiać także za granicą.
Powie ktoś kotu, że nikt nikomu nie każe być historykiem, że jak się takiemu realia nie podobają, to niech zmieni pracę. Owszem, jest to wyjście. Tyle, że z punktu widzenia interesu publicznego - fatalne. Wolność badań naukowych jest bowiem jednym z fundamentów demokracji. Wszelkie próby jej blokowania kończą się źle.
Przykładów nie trzeba daleko szukać. Sowieci ze względów politycznych nie prowadzili badań genetycznych, bo niejaki Łysenko wymyślił marksistowsko - leninowską alternatywę. Kto myślał inaczej, szedł siedzieć. Moskiewski "Krótki słownik filozoficzny" z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku definiował cybernetykę jako "burżuazyjną pseudonaukę." Polski uczony, konstruktor rewolucyjnego podówczas komputera, został wysłany przez władzę na zieloną trawkę, bo projektował wbrew pryncypiom lepiej niż Sowieci. Socjologia jako nauka niemarksistowska została u nas tuż po wojnie niemal doszczętnie zniszczona. Historia - mocno zakłamana. Kto chodził do szkoły 20 lat temu pewnie jeszcze pamięta. Last but not least uczony, który przed 1989 r. nie podporządkowywał się "realiom" tracił dostęp do wszystkiego - funduszy, kontaktów z zagranicą, możliwości prowadzenia badań. O takich "drobiazgach" jak kłopoty z uzyskaniem stopni naukowych nawet kocisko nie wspomni.
Zachowanie naszych polityków w sprawie IPN wydaje się nawiązywać do tych zeszłowiecznych tradycji. Kot niniejszego bloga rozumie, że PO uważa się za partię po części konserwatywną. Nie rozumie jednak, dlaczego chce konserwować akurat rewolucyjne podejście do badań naukowych.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)