Blog
In dubio pro libertate
Bartłomiej Kozłowski
Bartłomiej Kozłowski "Civil Libertarian"
2 obserwujących 38 notek 44307 odsłon
Bartłomiej Kozłowski, 24 kwietnia 2018 r.

„Jak się chce psa uderzyć, kij się zawsze znajdzie”

903 8 0 A A A

- czyli o decyzji Sądu Najwyższego uznającej internet za "miejsce publiczne"


Niedawne orzeczenia sądowe – co prawda póki co tylko sądów rejonowych – oddalające oskarżenia Obywateli RP o różne formy zakłócania porządku publicznego pokazują, jak sądy potrafią – wbrew dążeniom władzy wykonawczej – interpretować przepisy prawne tak, by chronić prawa ludzi do korzystania z ich konstytucyjnie gwarantowanych wolności – takich, jak wolność słowa i zgromadzeń. Wśród orzeczeń takich można wymienić to dotyczące trzech osób, które o godzinie 6 rano 25 lipca 2017 r. stały na chodniku w pobliżu domu Jarosława Kaczyńskiego z transparentem „Zdrada Ojczyzny nie ulega przedawnieniu”. Żoliborski komendant policji oskarżył ich o zorganizowanie „wspólnie i w porozumieniu” demonstracji bez wymaganego zezwolenia, a także o umieszczenie transparentu w miejscu publicznym do tego nieprzeznaczonym i na dodatek bez zgody zarządzającego tym miejscem Zarządu Dróg Miejskich. Sędzia Piotr Nowak z Sądu Rejonowego dla Warszawy – Żoliborza – nie zaprzeczając temu, że czyn Obywateli RP z czysto formalnego punktu widzenia naruszał pewne przepisy kodeksu wykroczeń – odmówił wszczęcia postępowania przeciwko nim, powołując się na artykuł 1 k.w. zgodnie z którym odpowiedzialności za wykroczenie podlega tylko ten, kto popełnia czyn „społecznie szkodliwy”. Inny przykład to uniewinnienie Obywateli RP oskarżonych – w tym przypadku już przez prokuraturę – o naruszenie „miru domowego” parlamentu. Zdaniem prokuratury przekraczając okalający parlament murek popełnili oni przestępstwo z art. 193 kodeksu karnego, zgodnie z którym „Kto wdziera się do cudzego domu, mieszkania, lokalu, pomieszczenia albo ogrodzonego terenu albo wbrew żądaniu osoby uprawnionej miejsca takiego nie opuszcza, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”. Sąd uznał, że nie popełnili oni zarzuconego im przestępstwa, gdyż murek przez który przestąpili, aby stanąć na dziedzińcu Sejmu z biało- czerwoną flagą, nie był ogrodzeniem, zbudowanym z intencją utrudnienia wstępu na znajdujący się za nim teren, lecz jedynie elementem architektury krajobrazu, wzniesionym ze względów czysto estetycznych.

To moim zdaniem są jak najbardziej słuszne wyroki. Ale czegokolwiek dobrego o tych wyrokach nie można byłoby powiedzieć, chciałbym zauważyć jedno: wyroki te zostały wydane w sprawach osób, co do których z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuszczać, że sędziowie mają wobec nich pewną sympatię – wszak Obywatele RP protestowali przeciwko wyjątkowo krytycznie ocenianej w środowisku sędziowskim pisowskiej reformie sądów. Mateusz Sitas, lider stowarzyszenia „Duma i Nowoczesność” – które zasłynęło ze zorganizowanych w lesie koło Wodzisławia Śląskiego obchodów 128 rocznicy urodzin Adolfa Hitlera – przypuszczać można, lubiany przez takich ludzi, jak sędziowie – a także Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar - nie jest. Niedawny wyrok, jaki w dotyczącej go sprawie wydał Sąd Najwyższy i do wydania którego Adam Bodnar wydatnie się przyczynił pokazuje, jak można instrumentalnie potraktować prawo tak, by móc kogoś takiego jak on ukarać.

W sprawie Mateusza Sitasa poszło o to, że na stronie internetowej kierowanego przez niego stowarzyszania „Duma i Nowoczesność” opublikowane zostały naklejki, na których znajdowały się symbol graficzny, powszechnie znany jako znak „zakaz pedałowania” oraz napisy, takie jak: „Dupa jest od srania, zakaz pedałowania”, „Zakaz pedałowania, homoseksualiści wszystkich krajów, leczcie się” oraz „Stop pedofilom, chrońmy nasze dzieci”. Pod koniec 2016 r. naklejki te znaleźli na stronie „DiN” policjanci i oskarżyli Mateusza Sitasa o popełnienie wykroczenia określonego w art. 141 kodeksu wykroczeń, zgodnie z którym ten, kto „w miejscu publicznym umieszcza nieprzyzwoite ogłoszenie, napis lub rysunek albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1500 złotych albo karze nagany”. Sąd Rejonowy w Wodzisławiu Śląskim sprawę przeciwko Mateuszowi Sitasowi umorzył, uznając, że jakkolwiek umieszone przez niego w Internecie treści były nieprzyzwoite, to jednak strona internetowa, na której treści te można było zobaczyć, nie jest miejscem publicznym. Decyzję wodzisławskiego sądu zaskarżył do Sądu Najwyższego w drodze kasacji Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar. W swojej skardze napisał on, że „Wbrew przekonaniu wyrażonemu przez sąd rejonowy, Internet nie jest jedynie zapisem danych w komputerach, lecz stanowi on ogólnoświatową sieć, system”. Sąd Najwyższy zgodził się z RPO i uznał, że Internet jest miejscem publicznym w rozumieniu art. 141 k.w. Sprawa Mateusza Sitasa wróci więc do Sądu Rejonowego w Wodzisławiu Śląskim, który będzie musiał rozpatrzyć, czy popełnił on wykroczenie polegające na umieszczeniu nieprzyzwoitych napisów bądź rysunków w miejscu publicznym, jakim w świetle rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego w jego sprawie jest Internet.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Warszawiak "civil libertarian" (wcześniej było "liberał" ale takie określenie chyba lepiej do mnie pasuje), poza tym zob. http://bartlomiejkozlowski.pl/main.htm

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @deda  ha...ha...ha.... ale tak mogłoby być - gdyby dekalog wpisano do konstytucji.
  • Trzeba odróżnić od siebie dwa występujące w przepisach prawnych zapisy: "kto publicznie"...
  • Dzięki za komentarze… a teraz mój komentarz do tych komentarzy. Zgadzam się, że czyn Piotra...

Tematy w dziale Społeczeństwo