Blog
prawda jest prosta
Rafał Broda
Rafał Broda fizyk jądrowy
30 obserwujących 158 notek 268883 odsłony
Rafał Broda, 6 grudnia 2018 r.

Północny Tien-Shan – rok 1969 [3]

1587 53 1 A A A

Pomysł, by Tien-Shan stał się celem naszej kolejnej wyprawy pojawił się wcześnie; natychmiast każdy uczestnik zaczął rozważać swój udział i podejmował decyzję rozpoczynającą okres przygotowań. Tym razem grupa była bardziej liczna i tak jak poprzednio wymienię ich imiona: Władek, Tadeusz i Andrzej, z którymi rok wcześniej byłem w Fanskich, małżeństwo Danka i Jurek, Jagoda, która dojechała z Polski, a znacznie później dołączył jeszcze Niemiec Waldemar z Rosjanką Ludmiłą i Borys, także Rosjanin. Nie pamiętam z czyjej inicjatywy Borys do nas dołączył, podobno znał ten łańcuch gór, choć tam, na miejscu okazało się to mniej oczywiste.
Start pociągiem z Dubnej do Moskwy i dalej lot do Ałma Aty (Matka Jabłek), wtedy stolicy Kazachstanu. Samolot wylądował na lotnisku dokładnie równoległym do ściany gór, w które mieliśmy wejść. Północny Tien-Shan obejmuje  część Kazachstanu i Kirgizji, a góry są dużo niższe, od tych, które rozciągają się w tym paśmie na południe od jeziora Issyk Kul, gdzie Kirgizja graniczy z Chinami, a najwyższym szczytem jest Szczyt Zwycięstwa (7439 m). Wychodzić w góry powyżej wysokości 4000 m jednak zupełnie wystarczało na nasze amatorskie możliwości, ekwipunek i ambicje.
Początek był bardzo łatwy, gdy autobusem miejskim dojechaliśmy do końcowego przystanku Medeo, ze znanym kompleksem sportowym położonym na wysokości ok. 1700 m. Ruszyliśmy szybko do góry, bo było późne popołudnie i  pogoda była bardzo niepewna. Dotarliśmy do bazy, w której serdecznie nas    
imageimage

przywitano oferując nocleg w namiotach. Skorzystaliśmy z oferty skwapliwie, bo byliśmy wszyscy mocno przemoczeni w ulewnym deszczu po drodze.
Zapadł zmierzch, a obawy o złą pogodę ustąpiły, gdy zobaczyliśmy w oddali góry.
imageimage

Rano już wszędzie było pogodnie, a nasza trasa wiodła najpierw przez rejon świerków, które w Tienshan są szczególnie rosłe i chyba wolne od korników.

imageimage

Dalej trzeba było wspiąć się na morenie, by na jej wypiętrzeniu odpocząć i zobaczyć z góry Ałma-Atę. Ponieśliśmy ciężkie plecaki jeszcze wyżej, dzień się powoli kończył i trzeba było znaleźć miejsce na biwak. Ci, którzy dotarli pierwsi na to miejsce

imageimage

postawili swój namiot (środkowy na zdjęciu) na miękkiej trawie, nam zostały twarde kamienie. Odpokutowali ten przywilej, bo w nocy obudzili się w wodzie. Okazało się, że ich namiot stał w płytkim korycie potoku, do którego dopiero w nocy dopływała woda ze śniegu stopionego w upalnym dniu.

imageimage

Dotarliśmy do strefy śniegu, a napotkany przewodnik objaśnił nam, że musimy przejść przez niedużą i łatwą przełęcz (na prawym zdjęciu), by dojść do lodowca, który dopiero otwiera drogę na przełęcz 4200 m, która była w naszych planach, a w tamtym czasie nosiła „wdzięczną” nazwę Komsomoł.
Ta pierwsza przełęcz wcale nie była taka łatwa do pokonania, ale bezpiecznie przeszliśmy na drugą stronę, gdzie rozciągał się duży i śnieżny lodowiec. W dolnej części rozwidlał się na dwa języki rozdzielone moreną wystarczająco płaską, by na niej rozbić obóz, wypocząć, posilić się i przenocować przed jutrzejszym dniem, który zapowiadał się na bardziej trudny.
imageimage

Lodowiec wyglądał groźnie ze swoimi wielkimi szczelinami, a nocy trudno było zasnąć, bo z głębi dochodzące odgłosy wskazywały, że żyje. Słychać było przetaczające się głazy, huk kamieni niesionych z prądem jakiejś podziemnej rzeki, ale to wszystko się potem uspokoiło, zapewne spłynęło już to, co się przez dzień wytopiło.

imageimage

Wstaliśmy bardzo wcześnie, poranna toaleta i ruszyliśmy przed godziną 5-tą, a w górze już widać słońce.

imageimage

Doszliśmy teraz do lodowej ściany, którą można było ominąć z prawej strony na lodowcu. Byłaby to o wiele dłuższa droga…..no i te szczeliny! Wybraliśmy ścianę.

imageimage

imageimage

Perspektywa zdjęcia robionego z góry nie oddaje stromości ściany, ale tutaj nasze wejście trochę trwało, choć było całkowicie bezpieczne. Tymczasem słońce było już wysoko, oświetlając pole firnowe, na którym widać ślad wskazujący na początek lodowca.

imageimage

Jesteśmy już blisko przełęczy. Ostatni wysiłek, ostatnie kroki, zasłużony wypoczynek i kuchnia pracuje. Tadeusz miał zawsze kłopoty z wysokością powyżej 3500m, leży więc z bólem głowy i znowu obiecuje, że to jego ostatnia wyprawa.

imageimage

Wspięliśmy się ok. 200m wyżej po śnieżnym zboczu powyżej przełęczy i po chwili zobaczyliśmy to, co najbardziej chcieliśmy zobaczyć,

imageimage

bo po to tutaj przyjechaliśmy.

image

image

imageimage

Nasza przełęcz wyglądała mniej atrakcyjnie, jednak wiedzieliśmy, że zejście z niej (na prawo) po stromym śnieżnym zboczu będzie wymagało dużej ostrożności. Wiedzieliśmy o tym pamiętając o doświadczeniach poprzedniego roku, ale nie wszyscy się tym przejęli.

imageimage

Ostatnie zdjęcia i przygotowanie do zejścia. Potem nie było czasu na zdjęcia, dopiero rano można było o tym pomyśleć.
Pierwsze 30m zejścia było bardzo strome. Związani linami spuściliśmy się w trójkę na tę odległość i wykopaliśmy w śniegu platformę, na którą po kolei transportowaliśmy linami plecaki i dalszych uczestników. Czworo z nich nie miało raków, które w tej sytuacji były niezbędne i przesyłaliśmy im do góry nasze. Wszystko odbywało się bardzo sprawnie, gdy usłyszeliśmy z góry podniesione głosy. To Ludmiła się awanturowała, że przesadzamy z tymi zabezpieczeniami i ona nie będzie czekać. Mimo srogich zakazów, „udowodniła”, że da się zejść bez tych ceregieli i po chwili patrzyliśmy bezsilnie, jak zaczęła się w niekontrolowany sposób staczać w dół. To wszystko nie wyglądało bardzo groźnie, aż do miejsca, w którym było bardziej płasko, ze śniegu wystawały skały i powinna się zatrzymać. Jednak przetoczyła się w tym miejscu, zniknęła nam z oczu, słychać było tylko krzyk i słabe odgłosy upadku. Waldemar był już trochę niżej od nas, rzucił się w dół zygzakami po śniegu i szybko do niej dotarł, przekazując wiadomość, że żyje. Powoli i ostrożnie kontynuowaliśmy zejście, ale w połowie wysokości musieliśmy zostawić dwa ciężkie plecaki. Dalej szliśmy w dół lewą stroną po skałach, gdzie było nawet bardziej stromo, ale grunt był pewniejszy. Tutaj Tadek wymyślił, że woli jednak drogę na śniegu i zjeżdżał po nim w kontrolowany sposób, aż stracił kontrolę, czekanem mocno zranił nogę i złamał sobie dwa żebra. 
imageimage

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

dojrzały i zdecydowany

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Kłamstwa Partii Oszustów to podstawowe narzędzie potrzebne im do osiągnięcia wyznaczonych...
  • @gruby.jasiu.com.au Pan zdaje się chciał coś bardzo ważnego poruszyć. Czy może Pan swoją...
  • @echo24 Żadnych "recenzji" Pana tekstów nie mam zamiaru czytać. Uważam Pana za marnego...

Tematy w dziale Sport