Bogdan Gancarz Bogdan Gancarz
869
BLOG

(IV) Marek z Krakowa

Bogdan Gancarz Bogdan Gancarz Kultura Obserwuj notkę 24

 

 

 

12 marca zmarł Marek Skwarnicki, poeta, publicysta katolicki, świadek burzliwej epoki w której przyszło mu żyć.

Śmierć przyszła po niego 12 marca wieczorem, w krakowskim szpitalu im. Narutowicza. Od 1958 r. miejscem jego zamieszkania i pracy był Kraków. Urodził się jednak 30 kwietnia 1930 r. w Grodnie, dzieciństwo spędził wpierw w kresowym Ostrogu, Kutnie potem w wojennej Warszawie, która stała się jego „krajem lat dziecinnych”. Po powstaniu w 1944 r. wywieziono go wraz z matką do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Mauthausen. Do Krakowa przyjechał po studiach polonistycznych i bibliotekoznawczych w Warszawie. Przez kilkadziesiąt lat był redaktorem i publicystą „Tygodnika Powszechnego”, członkiem zespołu katolickiego miesięcznika „Znak”. W „Tygodniku” pisywał m. in. felietony pod pseudonimem „Spodek”, reportaże, rozpisywał ważne ankiety dające pogląd o stanie katolicyzmu polskiego, po 1978 r. zaś, publikował cenione reportaże z pielgrzymek Jana Pawła II. Pisał również poezje, powieści, książki wspomnieniowe m. in. „Minione a bliskie”, „Czas ucieka, wieczność czeka”, „Sen o wolności”, „Mój Miłosz”, „Namiot Ojca Świętego”, tłumaczył wiersze anglojęzyczne . W sumie opublikował ponad 50 książek. Były one kolejnymi odsłonami opowieści autora o dramatycznej epoce, w której przyszło mu żyć: od wybuchu wojny w 1939 r. aż po śmierć Jana Pawła II.

Jego życie toczyło się jak wspominał, „z Krakowem w tle”. Stąd wyruszał w dalekie podróże po Europie i Ameryce, stąd jeździł do Rzymu, aby towarzyszyć Janowi Pawłowi II w jego pielgrzymkach na wszystkie kontynenty. Zagraniczni koledzy reporterzy, towarzyszący mu w obsłudze prasowej pielgrzymek Papieża, mając trudności z wymówieniem jego nazwiska, ochrzcili go po prostu „Markiem z Krakowa”. Jego publicystyka katolicka miała charakter swoistych „Podróży po Kościele” (tak zatytułował jeden z tomów swych reportaży).

Niektóre z utworów poetyckich nad którymi pracował Skwarnicki są dobrze znane katolikom polskim, choć nie znają zapewne ich autora. Mało kto bowiem wie, że teksty psalmów responsoryjnych śpiewanych w naszych świątyniach, zostały poetycko opracowane na podstawie filologicznego przekładu benedyktynów tynieckich, właśnie przez Skwarnickiego. Był również autorem modlitewników.

Bardzo ważna dla Skwarnickiego była osoba Jana Pawła II. Poświęcił mu kilka książek; od reportaży, przez biografie aż po poetyckie pośmiertne „Requiem”. – Po jego śmierci uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem do niego przywiązany. Może dlatego, że przez większość życia nie miałem właściwie ojca, jego odczuwałem tak głęboko synowsko. Prawdę mówiąc, osobiście tylko przy nim czułem się wolny, podobnie jak niezliczone rzesze ludzi z którymi się spotykał – mówił w rozmowie ze mną.

Papież darzył go sympatią i zaufaniem. Świadczą o tym listy prywatne Jana Pawła II do Skwarnickiego, opublikowane w tomie „Pozdrawiam i błogosławię” (2005). Ufał jego wyczuciu poetyckiemu. W 1978 r. prosił Skwarnickiego i Jerzego Turowicza o przygotowanie do druku swych wierszy i dramatów. Zezwolił mu także na opracowanie do publikacji swych wierszy młodzieńczych („Renesansowy psałterz”). To Skwarnickiego radził się wreszcie przed wydaniem w 2003 r. poetyckiego „Tryptyku rzymskiego”. Zaprosił go na 10 dni do Rzymu dla debat nad tym utworem. – Kiedy w 2003 r. wręczaliśmy Papieżowi wydane przez „Białego Kruka” jego „Poezje zebrane”, nakreślił mi na jednym z egzemplarzy odręczną dedykację: „Dla Pana Marka Skwarnickiego, któremu zawdzięczamy »Tryptyk rzymski«, z serdecznymi życzeniami zdrowia i błogosławieństwa Bożego – dla obojga z Zosią i całą rodziną” – wspominał Marek. Wzmiankowana w dedykacji żona Zofia z zacnego kresowego domu Karaffa-Korbutów  i trójka dzieci byli mu oparciem do końca życia.

-Pan Bóg dał mu dwa talenty i dwie możliwości: bycie poetą i działanie w Kościele – powiedział znający dobrze zmarłego redaktora i poetę Leszek Wołosiuk, krakowski eseista.

Skwarnicki działał aktywnie w międzynarodowym ruchu katolików świeckich „Pax Romana”, w latach 1977-1984 był członkiem Papieskiej Rady do spraw Laikatu, w latach 80. i 90. zaś członkiem Rady Duszpasterskiej Archidiecezji Krakowskiej.

Od 19 lat był stałym gościem w krakowskiej redakcji „Gościa”. – O „Gościu” myślę zawsze ciepło i dobrze. Jest robiony bardzo nowocześnie i z powodzeniem stara się objąć bogactwo Kościoła. Redakcja krakowska, zarówno dawniej przy Rynku Głównym, jak i teraz przy ul. Wiślnej, jest miejscem, gdzie zawsze zachodzi się z przyjemną świadomością, że rozmowa z pracującymi tam osobami przyniesie wiele pożytku – powiadał nam często.

Wiedliśmy długie rozmowy. Opowiadał o swoim ojcu Józefie, legioniście, oficerze służby stałej Wojska Polskiego, po wojnie antykomunistycznym emigrancie politycznym w Stanach Zjednoczonych. Rozstali się w 1939 r. gdy ojciec poszedł wraz ze swym pułkiem na wojnę. Zapamiętał swego syna jako 9. letniego chłopca. Wojna i późniejsze rządy komunistyczne w kraju, rozdzieliły ich na ćwierć wieku. Dopiero w 1964 r. Józef Skwarnicki zobaczył w Chicago swego „Mareczka”, już jako dojrzałego 34. letniego mężczyznę.

Ciekawe były opowieści Marka o powojennych studiach polonistycznych i pracy w Bibliotece Narodowej. –Nigdy nie wybaczę Leszkowi Kołakowskiemu, że to on przyczynił się do tego, że nie mogłem kontynuować studiów polonistycznych lecz przenieść się na bibliotekoznawstwo – mówił mi. Pracę w Bibliotece Narodowej wspominał zaś bardzo miło. Był tam lektorem ociemniałego kustosza Stanisława Piotra Koczorowskiego, który opowiadał mu o cennych książkach, o swych dawnych paryskich pobytach, dawał wreszcie do głośnej lektury egzemplarze paryskiej „Kultury”. Tam wreszcie Skwarnicki przeczytał tom poetycki Miłosza „Ocalenie”, który go zachwycił.

Był życzliwy ludziom, miał duże poczucie humoru. –Na początku lat 70. pomógł mi bardzo, mało znanemu wówczas sobie młodemu człowiekowi, w adaptacji w Krakowie. Wdzięczność dla niego zachowałem do dziś – wspomina Leszek Wołosiuk, krakowski publicysta, przyjaźniący się ze zmarłym poetą .

Marek bardzo gorączkował się w rozmowie ze mną, gdy znany krakowski publicysta Roman Graczyk, niegdyś redaktor „Tygodnika Powszechnego”, w wydanej w 2011 r. książce „Cena przetrwania? SB wobec »Tygodnika Powszechnego«” podał, że komunistyczna bezpieka traktowała Skwarnickiego jako swego informatora ps. „Seneka”. Autor umieścił jednak nazwisko redaktora w kategorii „przypadków osobnych”, nie równając go z innymi tajnymi współpracownikami. Marek odrzucił sugestię bycia świadomym informatorem bezpieki. Podał, że jedyne kontakty jakie miał z funkcjonariuszami MSW, to rozmowy przy odbieraniu i zwracaniu paszportu zagranicznego. –Co on wypisuje?! Nie ma pojęcia o tamtych czasach – pieklił się. Na próżno przedkładałem mu, że Graczyk nie czynił z niego pospolitego kapusia, a przecież sam Marek rozmowom z „panami od paszportów” nie zaprzeczał.

Pochowali poetę Marka, przyjaciela, 20 marca w Tyńcu. Po Mszy św. w kościele benedyktyńskim, duchowieństwo, rodzina oraz kilkuset przyjaciół i znajomych zmarłego poety, odprowadziło w przedwiosennym słońcu trumnę z jego ciałem, na tyniecki cmentarz parafialny.

- Spoczął obok swoich. Na tym cmentarzu są bowiem pochowani przyjaciele Marka z „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku” m. in. Hanna Malewska, Jerzy Turowicz i Tadeusz Żychiewicz – powiedział Leszek Wołosiuk.

Ten tygodnik i jego środowisko, z którym był przez kilkadziesiąt lat związany, było dla niego ważne, choć po odejściu z redakcji, wielokrotnie wyrażał się kąśliwie o nowej ekipie redakcyjnej rządzącej przy ul. Wiślnej 12.

Pracę w redakcji „Tygodnika Powszechnego” rozpoczął formalnie w dniu 2 lutego 1958 r. „Pierwszy dzień w redakcji zapamiętałem na całe życie. Przyszedłem do pracy o 9 rano. Poza sekretarkami nie było tam nikogo. O godzinie 11 zjawił się z grubą, wypchaną papierami teczką Jerzy Turowicz i powiedział: – O, pan już jest – i przywitał się, po czym poszedł do swego gabinetu, znajdującego się na końcu amfilady. Ponieważ zupełnie nie wiedziałem, czym powinienem się zająć, po pewnym czasie poszedłem do Turowicza i zapytałem, co powinienem robić. Naczelny w pierwszym momencie nie zrozumiał pytania, a potem z nieukrywanym zdumieniem powiedział: – Ależ panie Marku, niech pan robi, co pan chce. – Następne czterdzieści lat pracy robiłem, co chciałem, a Turowicz najwyżej kilka razy zwrócił się do mnie, bym coś specjalnego napisał” – wspominał z humorem w swojej książce „Czas ucieka, wieczność czeka. Niezwykłe życie z Krakowem w tle” (Warszawa 2007).

Był wierny przyjaźniom. W swoich książkach wspomnieniowym, z właściwym sobie ciepłym humorem, wspominał zmarłych przyjaciół: Jerzego Turowicza, Zygmunta Kubiaka, Henryka Krzeczkowskiego, Ludwika Dembińskiego, ks. Andrzeja Bardeckiego, no i tego najważniejszego – Karola Wojtyłę.

„Piszę te wspomnienia, bo oni się już nie odezwą” – stwierdził melancholijnie. Tymczasem Marek Skwarnicki odezwie się do nas jeszcze nie raz, ze stron swych książek poetyckich, publicystycznych i reportażowych. Jeszcze nie raz usłyszymy w kościołach pieśni do jego słów i pomodlimy polskim tekstem psalmów, opracowanym przez niego na podstawie filologicznego przekładu o. Placyda Galińskiego. W listopadzie zaś wspomnimy jego wiersz „Zaduszki”: „Zjawia się z listopadowym wiatrem/Z dzieckiem na ręku/I jakby chciała tu wejść./Ale gdy otwieram okno wiatr milknie./Jeszcze przez chwilę trzepoczą w ciemnościach/Anioły firanek./Matko - pytam - czy jest ci źle/Na tamtym świecie?”.

 

Tekst ukazał się w zmienionej nieco wersji, na łamach krakowskiej edycji „Gościa Niedzielnego”.

Zobacz galerię zdjęć:

Marek Skwarnicki z zeszytem wierszy przepisanych dla niego przez Czesława Miłosza.  Fot. Bogdan Gancarz
Marek Skwarnicki z zeszytem wierszy przepisanych dla niego przez Czesława Miłosza.  Fot. Bogdan Gancarz

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (24)

Inne tematy w dziale Kultura