Kazimierz Mikulski, "Znowu przyjechał lunapark", 1975
"Kazimierz Mikulski. Malarstwo" (W-wa 2001, Desa Unicum)
Kazimierz Mikulski, "Znowu przyjechał lunapark", 1975 "Kazimierz Mikulski. Malarstwo" (W-wa 2001, Desa Unicum)
Bogdan Gancarz Bogdan Gancarz
857
BLOG

(VI) Młot na depilację

Bogdan Gancarz Bogdan Gancarz Kultura Obserwuj notkę 18

 

 

Niedawna lektura kilkunastu emigracyjnych opowiadań Iwana Bunina świetnie przełożonych na polski przez Renatę Lis (Iwan Bunin, „Późna godzina. Opowiadania emigracyjne i »Nieszczęsne dni« (dziennik z lat 1918-1919)”, Warszawa 2012, Wydawnictwo SIC !, ss. 360) przypomniała mi, że marketingowcy współczesnych firm produkcyjnych i handlowych potrafią wytworzyć wśród swych potencjalnych klientów potrzeby wcześniej przez nich nie odczuwane. Owocuje to wzrostem zasobności kas owych firm, lecz odbija się niekiedy negatywne w innych sferach. Choćby w rugowaniu naturalnych, pięknych elementów kobiecej urody.

Producenci golarek za pomocą reklam czy artykułów sponsorowanych wmówili bardzo wielu kobietom, że „każdy włosek to wróg”. W rezultacie wytworzyli potrzebę kupowania rozmaitych utensyliów depilacyjnych. Opłakane rezultaty tego depilacyjnego szału obserwuję czasem na krakowskich Plantach, gdy mijają mnie piękne damy, oszpecone niestety „wyskubaniem” swych naturalnych, szerokich brwi. Kanony kobiecego piękna się co prawda przez wieku zmieniały, niemniej, po norwidowsku, „piękno na to jest, by zachwycało”, a nie było wyskubywane li tylko dla napchania kasy „grandziarzom”.

Ponieważ kobiecy rynek kupujących golarki się już nasycił, więc spotykam co i rusz wezwania, żeby także panowie chwycili za te narzędzia, nie tylko w celu golenia wąsów i bród. Tego zresztą jest za wiele nawet dla zaprzysiężonych miłośniczek depilacji. -Co?!!! Mój mąż ma sobie golić i woskować „klatę” jak jakiś pedał?! – gorączkowała się na to niedawno jedna z moich znajomych. No, ale golarkowy biznes musi się kręcić, więc pewnie niedługo będą nam wmawiać, że i koty dobrze byłoby od czasu do czasu strzyc i golić.

Że co proszę? Że wymyślam? Że się czepiam? Że współczesny trend depilacyjny to dowód „wyższej świadomości estetycznej” kobiet, a nie rezultat marketingowych zabiegów? Że mężczyźni i tak nie zwracają na to uwagi? Powołam zatem innych na świadków.

Przykładów doceniania tego elementu urody kobiecej nie brakuje w literaturze. Zerknijmy choćby do sienkiewiczowskiego „Pana Wołodyjowskiego”. „Drohojowska miała czarne jak krucze skrzydła włosy, takież brwi, duże błękitne oczy, płeć smagłą a bladą i tak delikatną, że widać jej było przez skórę niebieskie żyłki na skroniach. Ledwie dostrzegalny ciemny puszek pokrywał jej wierzchnią wargę, uwydatniając usta słodkie, a ponętne, jakby trochę do pocałunku złożone”. (Sienkiewicz, „Pan Wołodyjowski”, Warszawa 1968, str. 48). Ów puszek musiał na Wołodyjowskiego działać nielicho. „(...) i świat zakręcił się z nim zupełnie; potem uczuł ów puszek delikatniuchny nad jej ustami; potem usta ich połączyły się i przycisnęły do siebie długo i z całej mocy. Cicho uczyniło się w komnacie, tylko zegar tykał poważnie”. (Sienkiewicz, „Pan Wołodyjowski”, Warszawa 1968, str. 83-84)

Czarnowłose, czarnookie, smagłe damy z mocno zarysowanymi ciemnymi brwiami i meszkiem musiały zapewne władnąć wyobraźnią wybitnego pisarza rosyjskiego Iwana Bunina. Wzmianki o kobietach w takim kaukaskim czy ukraińskim typie urody spotyka się u niego często w opowiadaniach z tomu „Ciemne aleje”.

W opowiadaniu tytułowym, chyba najbardziej przeze mnie ulubionym prócz buninowskiego opowiadania „W Paryżu”, do zajazdu przy stacji pocztowej wstępuje przejeżdżający wojskowy, może generał. „Na wezwanie natychmiast weszła do pokoju ciemnowłosa, czarnobrewa i też jeszcze niezwykle jak na swój wiek urodziwa niewiasta, przypominająca niemłodą Cygankę; nad górną wargą i na owalu policzków był widoczny ciemny puszek, chód miała lekki, lecz była tęga, z dużymi piersiami pod czerwonym kaftanikiem, z trójkątnym jak u gęsi brzuchem pod czarną wełnianą spódnicą”. (przekład Marii Popowskiej, Bunin, „Ciemne aleje i inne opowiadania”, Warszawa 1980, Wyd. „Czytelnik”, str. 336)

Niemniej pięknie prezentuje się Ukrainka Waleria, z opowiadania „Zojka i Waleria”. „Lecz była to prawdziwie małoruska piękność! (...) Jednak i bez małoruskiego stroju była bardzo piękna: mocna, postawna, z gęstymi ciemnymi włosami, z aksamitnymi brwiami, niemal zrośniętymi, z groźnymi oczami koloru czarnej krwi, z gorącym ciemnym rumieńcem na opalonej twarzy, z błyszczącymi białymi zębami i pełnymi wiśniowymi wargami”. (przekład Renaty Lis, Bunin, „Późna godzina. Opowiadania emigracyjne i »Nieszczęsne dni« (dziennik z lat 1918-1919)”, Warszawa 2012, Wydawnictwo SIC !, str. 51)

Ciemnowłosą damę z pociągu zapamiętał z kolei na całe życie dwunastoletni gimnazjalista z opowiadania „Początek”. Obserwował ją śpiącą na przeciw niego w przedziale, widząc jak „heliotropowe, kobieco – młode wargi z ciemnym puszkiem nad nimi lekko się rozchyliły. (...) i wciąż patrzyłem, patrzyłem nieruchomymi oczami, z zaschniętym gardłem, na tę chłopięco - czarną głowę, na zamarłą twarz i na to, jak dziwnie na jej czystej bieli odcinają się cienkie czarne brwi i czarne opuszczone rzęsy, na ciemny puszek nad półotwartymi ustami, tak męczącymi przez swój powab”. (przekład Renaty Lis, Bunin, „Późna godzina. Opowiadania emigracyjne i »Nieszczęsne dni« (dziennik z lat 1918-1919)”, Warszawa 2012, Wydawnictwo SIC !, str. 65-66)

W „Czystym poniedziałku” z kolei występuje piękna dama, która na końcu, wprost z rozgwaru życia świeckiego, niespodziewanie dla kochającego ją narratora opowiadania, wybiera życie w klasztorze. „A jej uroda była jakaś indyjska, perska: smagło - bursztynowa twarz; wspaniałe i trochę złowieszcze w swej gęstej czerni włosy; miękko błyszczące, jak czarne sobole futro, brwi; czarne jak aksamitny węgiel oczy; czarujące aksamitno – pąsowymi wargami usta ocienione były ciemnym puszkiem”. (przekład Renaty Lis, Bunin, „Późna godzina. Opowiadania emigracyjne i »Nieszczęsne dni« (dziennik z lat 1918-1919)”, Warszawa 2012, Wydawnictwo SIC !, str. 93)

Z ogromnym zdziwieniem na szaleństwa depilacyjne musiał patrzeć zapewne wybitny malarz krakowski Kazimierz Mikulski (1918-1998). Bo „pierwsze jednak miejsce pośród symboli Mikulskiego zajmuje kot i kobieta o kocich, migdałowo wykrojonych oczach. Naga lub w obcisłe trykoty odziana, lecz zawsze doskonała doskonałością ideału. od niezskazitelnej fryzury poczynając po równie doskonałe biodra lub kolana (...). Tak czy owak kobiety Mikulskiego nie są istotami z krwi i kości, lecz marzeniem o kobiecie i jej wyobrażeniem w stopniu znacznie większym niż wizerunkiem” – napisał znany krytyk sztuki Jerzy Madeyski we wstępie do albumu „Kazimierz Mikulski. Malarstwo” (Warszawa 2001, Desa Unicum). Gdyby depilacyjni marketingowy wyposażeni w fotoszopowe nożyce podłubali w obrazach Mikulskiego to mogliby głosić z dumą, że „i Mikulski z nami!”. Gdyby tak samo pomanipulowali przy Łucji Kowolik w jednej ze scen z „Perły w koronie” Kutza, to zmyślaliby, że już na początku lat 20 ub. wieku ślązaczki uważały, iż ich pierwszą potrzebą jest kupno i używanie golarek.

I to szaleństwo marketingowe jednak kiedyś przeminie. Nadzieja w pięknej Argentynce, niegdyś tenisistce, Gabrieli Sabatini. Ona obnosi z dumą swe szerokie brwi. Ba! Używa ich nawet w marketingu swoich perfum.

„I tyle w temacie”, jak lubią powiadać współcześni podkrakowscy samorządowcy wiejscy. Do Bunina przypomnianego przez Renatę Lis, wrócę zaś niebawem.

Zobacz galerię zdjęć:

Cała nadzieja w Gabrieli Sabatini.
Fot. Wikipedia
Cała nadzieja w Gabrieli Sabatini.
Fot. Wikipedia

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (18)

Inne tematy w dziale Kultura