Piąta rocznica śmierci zmarłego 2 kwietnia 2008 r. w 97. roku życia o. gen. bryg. Adama Studzińskiego OP, krakowskiego dominikanina, żołnierza, harcerza, konserwatora zabytków, minęła zupełnie bez echa. Odszedł zaś niemal dokładnie w 3. rocznicę śmierci Jana Pawła II, który jako metropolita krakowski, a następnie Papież zaszczycał Go swoją przyjaźnią i darzył wielkim szacunkiem.
– Niewiele było postaci tak charakterystycznych dla Krakowa, stanowiących o swoistym esprit podwawelskiego grodu. Cieszył się ogromną sympatią, był jednym z niekłamanych autorytetów duchowej stolicy Polski. Jego harcerskie zaangażowanie znane było nie tylko starszemu pokoleniu instruktorskiemu, ponieważ wciąż aktywnie współpracował z młodymi ludźmi w szarych i zielonych mundurach – mówi dr Jerzy Bukowski, filozof, publicysta, przewodniczący Komitetu Opieki nad Kopcem Piłsudskiego, bloger „Sowiniec” z Salonu24.
Kiedy szedł spokojnie ulicami Krakowa (którego był od 1999 r. Honorowym Obywatelem) w zawadiacko nasuniętym czarnym berecie z generalskim wężykiem i odznaką 4 Pułku Pancernego „Skorpion”, z krzyżem Virtuti Militari i Krzyżem Harcerskim na białym dominikańskim habicie, pozdrawiało go zawsze przyjaźnie wielu krakowian. Wielu innych nie miało jednak pojęcia kim jest ten zakonnik.
Jego biografią można by śmiało obdzielić zaś kilka osób o bogatym życiorysie. Urodził się 2 czerwca 1911 r. we wsi Strzemień w powiecie żółkiewskim. Po ukończeniu gimnazjum im. hetmana Żółkiewskiego w Żółkwi, w 1927 r. wstąpił do dominikanów. Święcenia przyjął we Lwowie z rąk abp. Eugeniusza Baziaka 7 marca 1937. – Wyświęcono nas siedmiu. Wszyscy wytrwali w kapłaństwie – mówił mi o. Adam.
Studiował filozofię i teologię we Lwowie i Warszawie. Wybuch wojny zastał go w krakowskim konwencie przy ul. Stolarskiej. 4 września, pod bombami wyruszył z Krakowa do Czortkowa (miał tam zostać katechetą). Dotarł po 9 dniach dramatycznej wędrówki. Po wkroczeniu bolszewików, za aprobata przełożonych, pojechał dalej. Chciał koniecznie zostać w Polsce. Schronił się więc w klasztorze sióstr Notre Dame. – Bolszewicki komisarz rozpoznał jednak we mnie księdza, wiec musiałem przejść granicę z Węgrami – wspominał. Początkowo przebywał w obozie dla uchodźców cywilnych ale wydostał się stamtąd do klasztoru dominikanów w Budapeszcie.
Duszpasterzował w obozach dla uchodźców cywilnych i wojskowych. – W październiku 1939 r. pojechałem ze Mszą św. do obozu w Nagucenku, gdzie Węgrzy mieli odprowadzić do granicy z Niemcami 900 naszych żołnierzy, którzy zgłosili chęć powrotu. Przemówiłem do żołnierzy. Płacząc, prosiłem ich, by nie szli do Niemców. Ale żołnierski tłum nie słuchał. Jedynie 300 osób z tej grupy pozostał - wspominał. Nie brakowało innych momentów dramatycznych. W czerwcu 1940 r., już po upadku Francji, o. Adam chciał, wywieźć 60 żołnierzy z obozu dla internowanych. Przygotowania do ucieczki wykryto i udało mu się wraz kilkoma osobami uciec. Przedostał się do Budapesztu, ale był już „spalony”. Przerzucono go do Jugosławii. Potem przez Grecję wyjechał do Palestyny.
Gdy w 1942 r. znaleźli się tu ewakuowani ze Związku Sowieckiego żołnierze gen. Andersa, o. Adam został kapelanem wojskowym. Wpierw był kapelanem 2 Brygady Pancernej, potem zaś przeszedł do 4 pułku Pancernego „Skorpion”. Jako oficer dzielił z pułkiem wszystkie troski i radości; szkolenie w trudnych warunkach pustyni irackiej, gdzie gwałtowne deszcze następowały tuż po burzach piaskowych, kiedy nie było niczego widać w promieniu kilku metrów, pobyt w Egipcie, wyjazd na front włoski. – Koledzy kapelani mówili do mnie: »Co Ty masz za święty pułk! Gdy Ciebie nie ma, to wszyscy od razu lecą do nas po rozgrzeszenie« – wspominał w rozmowie ze mną.
Pierwsze tygodnie we Włoszech, po ciężkich warunkach pustynnych wydawały się sielanką. Słuchali słowików. „4 maja 1944 r. kazano mi wyjechać w rejon Monte Cassino. Poszedłem na linię z pierwszymi oddziałami pułku. Jechaliśmy z lekarzem w wozie pancernym tuż za czołgami. Ogień artylerii zlewał się w jedno wycie. Czasami odgłosy przypominały rzucanie garnkami po kuchni. W pierwszym dniu bitwy, 12 maja byłem zrozpaczony wielką liczbą zabitych i rannych. Wyprawiłem się na wzgórze »Widmo« gdzie szedł atak. Potem wycofywałem się pod kulami, udzielając rannym posługi. Zaszokował mnie widok jednego z rannych. Patrzę, a on ma zupełnie rozbite ciemię i w ogóle nie widzę mózgu. A przecież ze mną gadał!”. O. kpt. Studziński nieustannie przemieszczał się pod kulami po polu bitwy. „Po udzieleniu absolucji i namaszczeniu rysowałem ołówkiem chemicznym krzyżyk na czole rannego, aby potem kapelani na tyłach wiedzieli o posłudze. (...) Kilka razy byłem o krok od śmierci. Jednego razu duży odłamek uderzył w mój hełm. Nie zdążyłem się nawet zorientować, co się dzieje, gdy uderzenie postawiło mnie na głowie. Hełm był zupełnie zgięty, ale mnie ochronił” – pisał w swych „Wspomnieniach kapelana Pułku 4 Pancernego »Skorpion« spod Monte Cassino”. Za odwagę w służbie na pierwszej linii pod Monte Cassino, udekorowano go krzyżem Virtuti Militari, który do końca życia nosił dumnie na habicie.
Po demobilizacji w 1947 r. zamierzał jechać do Kanady. Przełożeni wezwali go jednak do kraju. Widząc jak prześladuje się tu b. żołnierzy gen. Andersa, o. Adam nie wykluczał nielegalnego wydostania się, z kraju. Był w kontakcie z podziemnymi organizacjami komunistycznymi. W trakcie jednej z prowokacyjnych akcji bezpieki, aresztowano go. Przesłuchania były ostre, choć bez tortur. – Ubowcy wrzeszczeli na mnie: Ty piłsudczyku –mówił mi. Kilkanaście miesięcy przesiedział w więzieniu. Po uwolnieniu był m.in. rektorem Małego Seminarium w Gliwicach i proboszczem w Warszawie.
Odwagi mu wciąż nie brakowało. W latach 1956-1957 wyprawił się do Związku Sowieckiego w poszukiwaniu jednego z oficerów polskich, który był w czasie wojny w sowieckiej niewoli. Dotarł aż do Swierdłowska (Jekatierynburg), był w siedzibie KGB na Łubiance. Aresztowano go jednak w Kijowie i deportowano do Polski.
W 1961 r. wrócił do krakowskiego konwentu. Był bardzo czynnym harcerzem, uznając harcerstwo, którego był Naczelnym Kapelanem, za świetną szkołę wychowania. Jednocześnie skupiał wokół siebie kombatantów wielu pokoleń. -To właśnie on organizował słynne opłatkowe spotkania legionistów, na które regularnie przychodził ówczesny metropolita krakowski, ksiądz kardynał Karol Wojtyła. Opiekował się weteranami walk o niepodległość nie tylko duchowo, ale także materialnie, pomagając starym, schorowanym i często wciąż prześladowanym przez komunistyczny reżim żołnierzom związać koniec z końcem – mówi dr Bukowski.
Z początkiem lat 80. wyremontował stojący pod Wawelem kościółek pw. Świętego Idziego, czyniąc z niego ośrodek harcerskiego duszpasterstwa. Po śmierci o. Adama, placyk przed kościółkiem otrzymał jego imię.
– Na niedzielnych Mszach świętych spotykali się tam wierni przedwojennnym ideałom harcerze i kombatanci, zacieśniając więzi między sobą, co niezwykle drażniło peerelowską bezpiekę. Ale to dzięki tym spotkaniom pokoleń znakomicie układała się w Krakowie współpraca między kombatantami a patriotyczną młodzieżą. Regularnie uczestniczył w spotkaniach żołnierzy generała Władysława Andersa, był również powszechnie znany wśród polskiego uchodźstwa w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Pamiętam, z jaką radością witali go kombatanci PSZ na Zachodzie, mieszkający w USA, kiedy pojechał na IV Światowy Zlot ZHP Poza Granicami Kraju w Rising Sun (Maryland) w sierpniu 1988 roku – mówi dr Bukowski.
O. Adam zajmował się także działalnością konserwatorską. Z czasem ukończył nawet wyższe studia w tej dziedzinie. Dzięki jego pasji i mrówczej wieloletniej (także fizycznej) pracy, konwent przy Stolarskiej, pamiętający czasy św. Jacka, odkrył wiele tajemnic swej przeszłości. Jego poszukiwania przypominały niekiedy poszukiwania detektywistyczne.
– Kiedy po wojnie kiedy wróciłem do Krakowa, w klasztorze zastałem wielki bałagan. Zauważyłem, że prace remontowe były prowadzone bez uwzględnienia zabytkowej specyfiki zabudowań naszego konwentu. To był początek mojej wynalazczości konserwatorskiej. Uczyłem się tego praktycznie a nie z książek, choć z czasem ukończyłem studia konserwatorskie. Stopniowo zacząłem odkrywać wiele ciekawych pamiątek świadczących o historii naszego klasztoru. Odkryłem np. że w XIII wieku mieliśmy tu wodociąg. Zachowało się ok. 5 metrów kamiennych rur. Zbiornik wodny znajdował się prawdopodobnie w wirydarzu. Istniał również system centralnego ogrzewania. Znalazłem w murach relikty dawnych pieców oraz kanałów, które doprowadzały ciepło. Kanały te były wykładane deskami, co zabezpieczało przed nadmiernym wychładzaniem się ogrzewanego powietrza. Przypuszczam jednak, że w ten sposób ogrzewano tylko niektóre pomieszczenia klasztorne. Jeszcze wiele jest tu do odkrycia – opowiadał mi o. Adam.
Niekiedy ta pasja detektywistyczna miała wielkie znaczenie praktyczne. Badał m.in. przyczyny zawilgacania ścian w auli i kapitularzu. Kopał i kopał i dokopał się, że pod fundamenty auli przebiły się korzenie i tamtędy dostawała się wilgoć. W Kapitularzu kopał za ołtarzem. Nawet na głębokości dwóch metrów znajdował jedynie błoto. Spróbował kopać tam, gdzie fundamenty łączą się po skosie. Okazało się, że metr pod ziemia fundamenty się rozeszły i w trakcie gwałtownych ulew dostawała się tam woda. – Konserwator musi mieć wyobraźnię i dobrą intuicję – zwierzał mi się.
O. Adam zgromadził w rezultacie swych badań, wiele cennych eksponatów, m.in. 80 zabytkowych ornatów, naczynia liturgiczne, monstrancje, ołtarz polowy z czasów króla Zygmunta III należący do hetmana Jakuba Potockiego, klęcznik króla Jana III, XVII wieczny wielki moździerz z apteki klasztornej. Ocalił także pamiątki ze swej kapelańskiej służby: ołtarz polowy spod Monte Cassino, rzadkie fotografie i filmy dotyczące żołnierzy gen. Andersa. Marzył, by wszystko to znalazło się w muzeum klasztornym.
Był czynny do końca. Spotykał się z kombatantami, harcerzami. 3 maja 2006 r., na miesiąc przed swymi 95. rocznicą swych urodzin odebrał z rąk Prezydenta RP nominację na stopień generała brygady WP w stanie spoczynku.
-Nominacja generalska jest czymś niewątpliwie znaczącym. Podkreśla, że generał winien być związany z Ojczyzną, że generał rozumie co to jest poświęcenie dla Ojczyzny, rozumie gotowość do jej obrony, do obrony dóbr doczesnych i duchowych – wiecznych” – mówił mi wówczas o. Adam. Krakowscy dominikanie żartowali zaś, że mają teraz dwóch generałów: jednego w Rzymie, drugiego zaś w konwencie przy Stolarskiej.
Pogrzeb miał iście krakowski, bo Kraków lubi urządzać podniosłe pogrzeby. Żegnano go 9 kwietnia 2008 r. na cmentarzu Rakowickim z pompą, z honorami wojskowymi, w asyście licznych pocztów sztandarowych, w obecności tłumów. Na jego grobie w Alei Zasłużonych często widać wieńce i kwiaty.
Tekst w nieco zmienionej wersji ukazał się na łamach krakowskiej edycji „Gościa Niedzielnego”



Komentarze
Pokaż komentarze (22)