Wiesław Cypryś wnikliwie obserwuje Amerykę.
Żegnałem go w mglisty, zimny listopadowy wieczór 1981 r. na peronie rzeszowskiego dworca kolejowego. Pociąg powiózł go do Warszawy, skąd samolotem poleciał do dalekiej Ameryki. Miał tam być kilka miesięcy, popracować ciężko, poznać, jak to było u niego we zwyczaju, kraj od podszewki, potem zaś wrócić do kraju. Ogłoszenie 13 grudnia stanu wojennego, przyczyniło się jednak do tego, że młody dziennikarz i reporter Wiesław Cypryś został już w Ameryce na stałe.
Tu brał się z życiem za bary, pracując ciężko, nie rezygnując jednak z wyższych aspiracji. Ukończył kolejne studia uniwersyteckie, pozwalające mu efektywniej zajmować się tym, co absorbuje go do dziś – administracją grupy domów na nowojorskim Manhattanie. Nie odłożył także pióra.
Właściwa mu od dzieciństwa ciekawość świata, pchająca go wpierw do dogłębnego poznawania Polski i Europy, pogoniła go również do wędrówek amerykańskich. Ich reportażowe i felietonowe rezultaty publikował w nowojorskim „Nowym Dzienniku”, torontońskim „Głosie Polskim”, londyńskim „Orle Białym”, zachodnioberlińskim „Poglądzie”, krajowym „Czasie Krakowskim”. Potem zbierał je w książkach: „Dżungla” (1999), „Na granicy” (2002), „Ameryka od podwórka” (2008), wreszcie „Ameryka na zakręcie” (2012).
Czytałem zawsze z ciekawością te teksty mego przyjaciela zza oceanu wiedząc, że znajdę w nich obraz rzeczywistości, tworzony w efekcie wnikliwej obserwacji i kontaktów z ludźmi, nie zaś wymyślany w czterech ścianach amerykańskich hoteli i moteli. Jedno mnie tylko w tych tekstach uwierało i uwiera – niemal wszystkie przedstawiają ciemne strony rzeczywistości amerykańskiej. Wypominam to autorowi przy każdej okazji, on jednak pozostaje nieubłagany i podtrzymuje swe zdanie, wyrażone w przedmowie do zbioru felietonów „Dżungla”. Pokazuje Amerykę z ciemniejszej strony, bo jest przekonany, że „została już wystarczająco wyidealizowana i wychwalona”. „Ameryka kojarzy się przeciętnemu Polakowi z dużymi samochodami, szerokimi drogami, wysokimi biurowcami i ogromnymi kanapkami. Obraz taki utrwalają mu powracający do kraju rodacy, którzy najczęściej unikają opowieści o swych przykrych, emigracyjnych doświadczeniach. Zapracowani, sfrustrowani, bez znajomości języka i niechętni do wydawania pieniędzy, nie poznają kraju bliżej. Wszystko więc w ich oczach pozostaje tu najlepsze, największe, najelegantsze, najbardziej nowoczesne. Ale to tylko część prawdy. Na ziemi Waszyngtona nie brakuje zła, biedy, przemocy, nienawiści, egoizmu” – pisał Cypryś. W zebraniu swych tekstów miał m. in. cel dydaktyczny – zahartowanie potencjalnych emigrantów i oszczędzenie im nadmiernego rozczarowania po przybyciu do Ameryki.
Ostatni tom Wiesława Cyprysia „Ameryka na zakręcie” zawiera wprawdzie znów przeważnie teksty pisane w ciemnej tonacji, niemniej autor widzi już także oznaki moralnego odradzania się kraju jego zamieszkania. „Nie mam co do tego żadnych wątpliwości” – pisze Cypryś.
Ja zaś nie mam wątpliwości, że przejawy owego odrodzenia zostaną przezeń opisane z równą wnikliwością i dociekliwością jak zwykł opisywać to przez ponad 30 lat swego pobytu za oceanem.
„Jak ten czas szybko leci. Ani się obejrzałem, a tu minęło trzydzieści lat, od kiedy przyjechałem do Ameryki. Od tylu też lat obserwuję ten niezwykły kraj: jego społeczeństwo, obyczaje tu panujące, meandry polityki, życie kulturalne, układy ekonomiczne. Czasem wydaje mi się, że na tyle wgłębiłem się w zakamarki amerykańskiej egzystencji, że poznałem i przeżyłem tu wystarczająco dużo spraw i zdarzeń małych i dużych, żeby czuć się i myśleć jak Amerykanin, a nie jak imigrant, człowiek z daleka, z kraju rządzonego przez komunistów (na szczęście to już przeszłość), gdzie wszystko jest na odwrót. Ale nie, ciągle coś mnie zaskakuje, dziwi, czegoś nie rozumiem. Ciągle dostrzegam coś nowego, ciekawego, pasjonującego, innego. Jako dziennikarz nie mogę przejść koło tego spokojnie, bez zastanawiania się, dlaczego coś jest takie, a nie inne, czy jest lepsze, czy gorsze, czy warte wprowadzenia nad Wisłą” – pisał we wstępie do „Ameryki na zakręcie”.
Czekam także na kolejne książki Cyprysia, destylujące tym razem pozytywy rzeczywistości amerykańskiej, licznych podróży po świecie, wreszcie kontaktów z ciekawymi ludźmi, których wiele napotkał na swej drodze.
Czekam również na wspomnienia o jego rzeszowskich korzeniach, spędzonych w mieście nad Wisłokiem latach dzieciństwa i wczesnej młodości, które ukształtowały go na całe życie. Były to lata ważne. Wybitny pisarz polski komplementując niedawno Wiesława Cyprysia w dużym tekście, wspominając o cyprysiowym braku kompleksu niższości, braku przytłoczenia życiem w wielkiej metropolii, konstatował to z niejakim zdziwieniem. Skąd bowiem ta swoboda w braniu się za bary z życiem amerykańskim, w chłonięciu zarówno tamtejszej rzeczywistości jak i dzieł literatury polskiej u chłopaka, który „pochodził z prowincjonalnego nawet jak na polską miarę Rzeszowa, gdzie łany zbóż, krowy i drewniane chałupy pozostały na przedmieściach”?
Tymczasem ta prowincjonalność była swoista, wcale nie gorsza, lecz lepsza od prowincjonalności średnich miast i małych miasteczek dawnej Kongresówki. Coś co rzeszowiaków ciągnęło do góry, było choćby nieprzerwane działanie w tych samych budynkach, szkół średnich o dawnych tradycjach: I Liceum Ogólnokształcącego im. ks. Stanisława Konarskiego założonego w 1658 r. i II Liceum Ogólnokształcącego, działającego od początków XX wieku. W latach 70. ub. wieku z nazwiska patrona I LO zniknęła co prawda wzmianka iż był on księdzem, zaś majora Leopolda Lisa-Kulę patrona II LO do którego uczęszczał Wiesław Cypryś, zastąpił sowiecki żołnierz Iwan Turkienicz. Mimo tego, w szkołach tych uczyli nauczyciele kształceni przez przedwojennych profesorów uniwersyteckich i gimnazjalnych, wspominano słynnych wychowanków m. in. gen. Władysława Sikorskiego, biskupa Józefa Pelczara, niegdyś rektora UJ, obecnie świętego, literatów: Jana Augusta Kisielewskiego, Adolfa Nowaczyńskiego, Witołda Bunikiewicza, Juliana Przybosia, uczonych: polonistę Juliana Krzyżanowskiego, prawników: Maurycego Allerhanda i Edwarda Dubanowicza, twórcy Konstytucji Marcowej, historyków: Wacława Sobieskiego i Stanisława Kota, ekonomistów: Romana Rybarskiego, Jana Kantego Steczkowskiego i Jerzego Michalskiego pianistę Adama Harasiewicza, twórców teatru: Kazimierza Dejmka, Jerzego Grotowskiego i Józefa Szajnę. Przy grobie Leopolda Lisa-Kuli na cmentarzu na rzeszowskim Pobitnie, w pobliżu którego był dom rodzinny Cyprysiów, zawsze w dniu Wszystkich Świętych płonęły dziesiątki zniczów pamięci.
Smak muzyczny zaś Cypryś, którego ojciec grał niegdyś jako skrzypek w wiedeńskiej orkiestrze Straussów, kształcił na koncertach w Filharmonii Rzeszowskiej, gdzie wykonywano wówczas m. in. „Carmina Burana” Carla Orffa, gdzie z recitalami bywali m. in. słynny pianista Światosław Richter i wiolonczelista Pierre Fournier oraz na próbach i koncertach chóru Filharmonii Rzeszowskiej. Ów chór, gdzieśmy razem śpiewali, wykonywał m. in. „Requiem” Mozarta.
Druga połowa lat 70. i początek lat 80 ub. wieku była również czasem znacznego ożywienia rzeszowskiego ruchu studenckiego, przede wszystkim w sferach: kulturalnej i turystycznej, dających oddech od komunistycznej rzeczywistości. Cypryś był tu aktywny m. in. jako dziennikarz studencki, nawiązujący do najlepszych tradycji reportażu polskiego.
Młodzi rzeszowianie nie mieli też wówczas żadnych obaw przed wyjazdem za ocean. Szlak ten bowiem przecierali przed laty ich liczni, starsi krewni, którzy potem utrzymywali kontakt z rodziną w kraju, śląc do niej listy z dolarami w środku.
Czekam więc na te rzeszowskie wspominki, nie omijające spraw towarzyskich, w tym pełnych muzyki wieczorów u uroczych sióstr: Wiesi i Lucyny Banasiówien w domu przy ul. Szwoleżerów.
Czytelnicy tej noty o moim przyjacielu zza oceanu, mogą na szczęście bez trudu kupić dwa ostatnie tomy jego tekstów: „Ameryka od podwórka” i „Ameryka na zakręcie”, wydanych przez renomowaną warszawską Oficynę Wydawniczą „Agawa”.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)