Zmiany w ustawach korporacyjnych lansowane przez Ćwiąkalskiego nie tworzą wielkiej rewolucji, ale wprowadzają parę nowych rozwiązań. Oczywiście środowisko prawników bez aplikacji powiada, że to o wiele za mało, gdyż marzy im się całkowita liberalizacja dostępu do zawodów, zaś z drugiej strony część przedstawicieli korporacji prawniczych bije na alarm, kasandrycznie wieszcząc upadek etosu, chmarę niekompetentnych prawników zawłaszczających rynek usług i lawinę poszkodowanych klientów. To stąd biorą się sugestywne reklamy, które ukazywały się w tym tygodniu w kilku dziennikach. Prawda jak zawsze leży pośrodku.
Nie może być tak, że tylko rynek weryfikuje prawników w tym kraju. W obecnych realiach, gdzie jest kilkanaście wydziałów prawa (w tym większość prywatnych), które taśmowo produkują magistrów, ukończenie tych studiów nie jest żadną gwarancją posiadania jakiejkolwiek wiedzy. To jest oklepany argument, ale trzeba go podnieść - pomoc prawna jest zbyt delikatną materią, żeby pozostawić to autoregulacji. Koszt społeczny dopuszczenia magistrów prawa do zastępstwa procesowego/obrony jest zbyt duży i nie zrównoważy go nawet obowiązkowe OC. Żaden kraj nie pozwala na nielimitowane świadczenie usług prawnych przez absolwentów prawa, nawet w USA – matce liberalnych gospodarek – jest egzamin „bar admission”, który do łatwych nie należy.
Z drugiej strony nie może być mowy o powrocie do czasów sprzed 2005 r., kiedy egzaminy były w gestii korporacji. Okazało się, że nie były one w stanie powstrzymać się od niemal całkowitego zamknięcia dostępu do zawodu. Od 2005 r., kiedy wprowadzono państwowy egzamin konkursowy na aplikację, sytuacja wreszcie stała się normalna. Dlatego kilka tysięcy młodych prawników, którzy mogą dziś odbywać aplikację po zdaniu tego – skądinąd prostego – egzaminu, powinno po wsze czasy dziękować Ziobrze i PiSowi za umożliwienie im zdobycia uprawnień zawodowych.
Dziś zatem mamy sytuację w miarę normalną. Każdy absolwent prawa może na równych zasadach przystąpić do egzaminu testowego, którego forma i sposób przeprowadzenia zapewnia, że ma dokładnie takie same szanse, jak wszyscy inni kandydaci. Nepotyzm w tej materii jest aktualnie całkowicie wyeliminowany. Nie podoba mi się jednak proponowane przez Ćwiąkalskiego zniesienie praktyk w sądach, bo wiem z własnego doświadczenia, że pozwalają one uzyskać kilka umiejętności praktycznych, których korporacja sama nie jest w stanie przekazać. Poznanie struktury sądów, ich praktycznego funkcjonowania, umiejętność czytania akt, otrzaskanie z salą sądową, z pracą sekretariatów – tego można się nauczyć tylko w sądzie. Bezsensowne jest również zniesienie dotychczasowej formuły egzaminu adwokackiego/radcowskiego, który obecnie ma bardzo praktyczny charakter: część pisemna polega na sporządzaniu różnego rodzaju pism na podstawie prawdziwych akt, część ustna – na prezentowaniu swojej wiedzy przed komisją. Zastąpienie takiej formuły kolejnym testem, którego zakres przedmiotowy jest taki sam jak testu na aplikację, traci rację bytu. Po raz drugi zdawać identyczny egzamin? Wiedza teoretyczna została już sprawdzona, zaś egzamin końcowy powinien sprawdzać to, czego nauczono na aplikacji a nie to, czego trzeba się było nauczyć, aby móc zostać aplikantem. Intencje projektu są w tym względzie jasne – zapewnienie równych szans i uczciwego przebiegu egzaminu. Jednak, w odróżnieniu od egzaminów na aplikację, egzaminy końcowe przebiegały zawsze prawidłowo i nie słyszałem, aby ktokolwiek się skarżył na nieuczciwe traktowanie. Po co więc to zmieniać?
Czego i dlaczego boją się prawnicy w małych miastach? Przede wszystkim połączenia zawodów. Po drugie rozszerzenia dostępu do nich. Po trzecie zmiany struktury izb. O co tu chodzi? Jak nie wiadomo o co, to wiadomo, że o pieniądze. Istnieją izby adwokackie, liczące tylu wszystkich członków ilu aplikantów jest na jednym roku w Warszawie. Nietrudno wówczas podzielić między siebie lokalny rynek i bez większego wysiłku dobrze żyć. Dopływ świeżej krwi spowoduje, że już nie będzie tak prosto. W tego rodzaju izbach odpowiedzialność dyscyplinarna jest iluzją – trudno wymagać, żeby koledzy, których codziennie widuje się w sądzie, z którymi od lat wspólnie się pracuje, obiektywnie i rzetelnie prowadzili postępowania dyscyplinarne. Tego problemu nie ma w Warszawie i innych dużych izbach i dlatego konieczne jest łączenie izb małych. Rynek usług prawnych w Warszawie i innych dużych ośrodkach (Kraków, Gdańsk, Wrocław) w porównaniu z ośrodkami małymi, to dwa różne światy. Z jednej strony mamy prawdziwą konkurencję, zrozumienie konieczności zmian, pragmatyzm, otwartość, i stawianie klienta na pierwszym miejscu, z drugiej okopanie się w przeszłości, fetyszyzowanie swoiście rozumianych zasad etyki zawodowej i przekonanie o własnej wybitnej wartości. Dobrze to ilustruje następujące zdarzenie. Mój kolega, doktor nauk prawnych, jeden z najlepszych w tym kraju znawców jednej z dziedzin prawa, zarządzający wielkim działem w warszawskiej filii wielkiej międzynarodowej firmy prawniczej musiał zadzwonić w sprawie klienta do radcy prawnego prowadzącego jednoosobową praktykę w powiatowym miasteczku. Pan mecenas najpierw indagował kolegę o jego uprawnienia zawodowe a gdy dowiedział się, że ten drugi owych nie posiada, wielce oburzony pouczył go, że „może rozmawiać tylko ze wspólnikami kancelarii posiadającymi stosowne uprawnienia”. Kolega najpierw się zapowietrzył a potem wybuchnął gromkim śmiechem wyobrażając sobie, jak przekaże wspólnikom robiącym deale idące w dziesiątki milionów złotych, że będą musieli tracić swój fakturowany czas na telefon do człowieka, którego rocznego zarobki wydają ich żony na waciki w ciągu tygodnia. Pycha, wywyższanie się, bufonada i traktowanie wszystkich z góry – to są grzechy główne prawniczej prowincji. Bogu dzięki, to pokolenie powoli odchodzi w przeszłość.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)