52 obserwujących
230 notek
316k odsłon
70 odsłon

Piątek: Niech poleje się jad

Wykop Skomentuj

 Jak łatwo się domyślić, felieton pod tym tytułem poświęcony będzie impresjom z Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, na który zostałem zaproszony razem z pięćdziesięcioma innymi kolegami pisarzami. Organizatorzy zwabili nas do luksusowych hoteli, wozili lexusami i karmili sino-nakrapianymi parówkami cielęcymi. Dlaczego? Hipotez było kilka. Jak wiadomo, w naszym społeczeństwie status pisarza niewiele różni się od statusu kloszarda, więc być może była to taka akcja typu: „Zróbmy wigilię bezdomnym”. Ja jednak mam własną teorię. Filmowcy stwierdzili, że skoro dziennikarze, krytycy i filmoznawcy o polskim kinie piszą źle, trzeba znaleźć środowisko, które będzie pisać dobrze. Usiedli i zaczęli móżdżyć: „No poza dziennnikarzami, to kto, no kto jeszcze pisze… No ci, no, no ci tacy, śmieszni tacy, nie, no jak to oni się nazywają… scenarzyści? Nie, ci, jeszcze gorsi… No, pisarze!”. 


Zaprosili nas i to był błąd. Nie sądzę, żebyśmy zaczęli pisać dobrze. Nie po tym, co zobaczyliśmy.
 
Oficjalnie szef festiwalu, Mirosław B., podawał zupełnie inny powód, którym było odmieniane przez wszystkie przypadki słowo: „piwo”. Chodziło o to, żeby pisarze z filmowcami chodzili na piwo. Piwo miało być symbolem integracji i oczywiście, nikomu nie przyszło do głowy, że dla niepijących, uzależnionych, a szczególnie niepijących uzależnionych jest to symbol wyjątkowo chujowy. No, ale niepijący i uzależnieni zostali wykluczeni, jak zawsze. Przypominam, że mowa o 10% społeczeństwa, a w przypadku filmowców i pisarzy to ten procent, być może, hm hm i tak dalej.
 
Mirosław B. stwierdził, że jak świat światem, kino literaturą stoi, że do 89 roku nasze kino, wówczas dobre, adaptowało polską literaturę i że na całym świecie różne miejscowe kina adaptują miejscową literaturę. W celu pokazania nam kina maksymalnie miejscowego, Mirosław B. sprowadził trzech ubranych na czarno Islandczyków, którzy powiedzieli, że u nich adaptacje miejscowej literatury robi się właściwie nieustannie i że jak już sfilmowali wszystkie sagi, to wzięli się za islandzką literaturę współczesną. Kiedy skądinąd sympatyczni Islandczycy skończyli, Mirosław B. postawił dramatyczne pytanie: co się stało w roku 90, że nasze kino oderwało się od naszej literatury? Na to pytanie nikt nie odpowiedział i nic dziwnego, ponieważ to Mirosław B. jest człowiekiem, który od 90 roku decyduje o wszystkim w naszym kinie. Było to właściwie pytanie do niego samego. Ale on też nie odpowiedział. Pewnie miał jakieś powody.
 
Ja nie miałem najmniejszego zamiaru oglądać żadnych filmów. Filmowców i wszelkich twórców materiałów audiowizualnych uważam raczej za szkodników. W ich rękach rzadko powstaje coś wartościowego, natomiast produkuje się całe masy audiowizualnego chłamu, który odciąga ludzi od książek. A nauka wskazuje (Luria, Ong, de Kerckhove), że czytanie rozwija zdolność analitycznego myślenia, zaś gapienie się w migoczący ekran wręcz przeciwnie. Dlatego uważam, że filmy i inne materiały audiowizualne powinny być dozwolone od lat 18, podobnie jak zachwalane przez Mirosława B. piwo. I filmowcy tylko by na tym skorzystali: po pierwsze, zamiast upokarzać się przy kręceniu arcydzieł typu Jest dokładnie tak, jak myślisz, kotku, mogliby kręcić lepsze filmy dla bardziej wyrobionej publiczności. Po drugie, film znowu uzyskałby status zakazanego owocu.
 
Tak więc mój plan na ten festiwal był intelektualny: zero filmów, tylko gofry. Ale Hania się uparła i poszliśmy w końcu na dwa filmy. Jeden był poprawny, a drugi dobry. Ten poprawny dostał najważniejsze nagrody, ten drugi żadnej. Ten poprawny to oczywiście Różyczka. Ten drugi to Matka Teresa od kotów Pawła Sali, film wstrząsający i jakby to powiedzieć… wielostronny… polityczny… ale polityczny mądrze, nienachalnie. Bardzo ładnie pokazuje, co się dzieje ze społeczeństwem, które nie generuje autorytetów i nie ma przestrzeni dla buntu. Co się dzieje ze społeczeństwem, w którym żołnierz to nieco lepiej opłacany wyrzutek społeczeństwa, policjant często jest niczym więcej, jak tylko bandytą wynajętym przez państwo, a religia, mimo całej katolickiej tromtadracji, w życiu osobistym pojedyńczych ludzi ma rangę podobną do shiatsu. W takim społeczeństwie bunt nie może być niczym innym, jak tylko szaleństwem i mordem.
 
Poszedłem do pewnego członka jury, człowieka cieszącego się sławą skrajnie antymarketingowego i antyukładowego nonkonformisty. Pytam go: dlaczego nie daliście nic Sali? On mi odpowiada: ach, ja obstawiałem Salę, ale gdybym na niego głosował, byłbym jeden przeciwko reszcie, musisz zrozumieć jakie tu funkcjonują układy, więc nie zakładaj, że dobry film dostanie nagrodę, ach, ty i ten twój idealizm. Miło mi się zrobiło, bo z tego, co wiem, to raczej mam opinię bezwzględnej świni. 
 
No, może „miło” to przesada. Na tej imprezie miło nie było. Mam na myśli galę. Nie mam tu nawet na myśli wyskoków Krzysztofa Materny, który przed i po transmisji telewizyjnej urabiał publiczność, dając wszystkim do zrozumienia, że biorą udział w imprezie szemranej. Materna miał przecież rację. Nie mam też tu na myśli platformianych prop-agit-clipów, puszczanych w przerwach pomiędzy nagrodami (z tych filmików wynikało, że w tej chwili telewizja publiczna znajduje się w niewoli katolickich kryptogejów z prawicy i wielowyznaniowych jawnych gejów z lewicy, podczas kiedy prawdziwa, obiektywna, wyważona, czyli platformerska TV publiczna powstaje dopiero w podziemiu). Nie to wszystko robiło, że robiło mi się niemiło. Robiło mi się niemiło i mdło z innego powodu.
 
Obrzydliwe i zarazem niesamowite było to, że kiedy miałem trzynaście lat, moi rodzice prowadzali mnie na takie imprezy filmowo-festiwalowe (mój ojciec przez dwadzieścia parę lat był dyrektorem Filmoteki Narodowej i po tych dwudziestu paru latach został wyrzucony przez PIS, który na jego miejsce wstawił jakiegoś prawnika, człowieka nie mającego pojęcia o filmie, który z kolei został zaraz potem wyrzucony przez Platformę, która z kolei nie przywróciła fachowca, tylko wstawiła swojego człowieka, by żyło się lepiej) i kurwa mać, przez dwadzieścia trzy lata nic się nie zmieniło! Ci sami ludzie, tyle że w jeszcze bardziej podeszłym wieku, sami sobie za to samo przyznają te same paskudne statuetki pozbawione jakiejkolwiek wagi i znaczenia. I do tego – te same chujowe fryzury z lat osiemdziesiątych. Nie wiem, czy to takie retro, czy taki rezerwat.
 
No dobrze. Mój poważny wniosek jest taki – a właściwie takie, bo są dwa: 
 
Po pierwsze, koledzy filmowcy, nie wysyłajcie waszych filmów do Gdyni! Kurwa mać, to tak jakby córkę pierworodną zamiast na bal maturalny zaprowadzić na balecik do burdelu. Ja wiem, że wy tu liczycie na mechanizm tak zwanej fali: przez pierwsze trzydzieści lat będziemy włazić w dupę starszym kolegom, ale za to przez następne trzydzieści kto inny będzie włazić nam. Ale dajcie sobie z tym spokój, to żadna zabawa.
 
Po drugie: my, w Krytyce Politycznej – to mówię jak najpoważniej – powinniśmy założyć Salę Odrzuconych. Albo Nienagrodzonych. Albo Wycofanych – bo na przykład Łukasz Barczyk wycofał z Gdyni swój film Nieruchomy poruszyciel. I na tej Sali powinniśmy pokazywać odrzucone, nienagrodzone oraz wycofane filmy. Powinniśmy pokazywać Poruszyciela i Matkę Teresę od kotów Pawła Sali, a także Zero Pawła Borowskiego, zbojkotowane przez jurorów w zeszłym roku z kompletnie niewyjaśnionych przyczyn (może chodzi o to, że autor nie skończył filmówki). Powinniśmy stworzyć taką Salę dla Sali i innych. Bo młodzi polscy filmowcy muszą mieć jakieś okno, jakiś kanał do komunikowania ze światem, który nie byłby kontrolowany przez Panów Statuetkowego Szlaku (zainteresowanych tym ostatnim pojęciem odsyłam do filmu Sarnie żniwo  grupy Skurcz, którego, o ile wiem, też nigdy w Gdyni nie pokazano. A szkoda: może przyczyniłby się do jakiejś autorefleksji).
 
Na koniec chcę jeszcze przeprosić Aleksandra Kościowa. Jak widać z tekstu, na gali byłem porządnie zły. I kiedy Hania przedstawiła mi Kościowa, mówiąc: „A oto kolega literat”, odpowiedziałem „Muzyk. Kompozytor”. Niepotrzebnie. Kościów jest faktycznie kompozytorem, ale poza tym pisze książki. I pewnie nie mnie je oceniać: pierwsza z”nich zdenerwowała mnie kiedyś bardzo, ale to było już dawno i nie ma do czego wracać. Przepraszam Cię, Aleksandrze. I weź pod uwagę, że jednak zachowałem pewną miarę. Nie powiedziałem na przykład: „filmowiec”. Albo lepiej - żeby oszczędzić tych w sumie nieszczęsnych filmowców – nie powiedziałem na przykład „juror”. To już byłby zarzut bez wątpienia krzywdzący.

Tomasz Piątek
 
Tekst ukazał się na www.krytykapolityczna.pl
Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale