Uwaga! Będzie o fabule, więc jeśli nie oglądałeś i nie chcesz sobie psuć zabawy, nie czytaj.
Film, reklamowany jako najlepszy w tym roku, rzeczywiście trzyma wysoki poziom. Kto nie widział jeszcze – polecam wyprawę do kina. Widzów czeka ponad sto minut dobrej zabawy i zupełnie przyzwoity film, w którym złych rzeczy jest niewiele i właściwie żadna nie irytuje.
„Rewers” to, podszyta opowieścią o ponurych latach pięćdziesiątych, kiedy to obawę w ludziach budzić może nawet posiadanie złotej monety z XIX wieku, czarna komedia o trzech kobietach, mieszkających pod jednym dachem: babce, matce i córce. Każda na swój sposób życiowo mądra, choć na pewno z innym bagażem doświadczeń oraz zestawem przyzwyczajeń i dziwactw. Postaci zostały dobrze stworzone i nieźle zagrane. Nawet Agata Buzek, o której aktorstwie nie mam najlepszego zdania, jako młoda Sabina nie ma się czego wstydzić, choć ginie w cieniu talentu Krystyny Jandy. Nie brakuje w pokazanych czasach stalinizmu donosicieli i funkcjonariuszy bezpieki. Nie brak partyjnego, „słusznego” szefa, którego sposób mówienia i argumentowania bardzo zgrabnie odtworzono.
Istotne są „smaczki” historyczno – obyczajowe. Kiedy bohaterka – Sabina – wraz z matką słyszą wieść o śmierci Stalina, szczerze cieszą się i śmieją dopiero znalazłszy zaciszną bramę i... natychmiast milkną, gdy orientują się, że ktoś je obserwuje.
Główna historia oparta jest na wątku miłosnym, który kończy się... nienajlepiej, bo w końcu ktoś ginie. Jest tu i zakochanie, i szantaż i zbrodnia. I niemal klasyczny motyw „trupa w szafie”, sprawie zresztą odegrany. Wszystko to w sosie dobrego, czarnego, a jednak niewulgarnego humoru. Humor ów, prowadzący nas od początku do końca, uwidaczniający się nawet w miejscu pochówku zabitego, to właśnie to „coś”, największa zaleta, jaką film pokazuje.
Nie wiem tylko jak opowiedziana historia ma się do zupełnie niefikcyjnych wydarzeń współczesnych. Bo w filmie doskonale wiadomo co dobre, a co złe. Złe na przykład jest donosicielstwo, co w dzisiejszej paplaninie antylustratorów nie stanowi oczywistości. Albo: jak uwodzenie przez przystojnego tajniaka koreluje z rewelacjami kilku pań, skarżących się na dwulicowego „agenta Tomka”? Mam tylko nadzieję, że to nie tym się inspirowano;-)
Dodatkową zaletą filmu jest poprowadzenie fabuły w sposób dwutorowy. Oprócz głównego wątku, pokazywanego w czerni i bieli, poznajemy także i współczesną Sabinę, trzęsącą się staruszkę, która odwiedza miejsca sprzed pół wieku.
I tutaj właśnie wyłazi największa wada filmu. Nie wiem: albo to Agata Buzek nie potrafi grać staruszki (wiem, to może być trudne zadanie, zwłaszcza gdy pokazuje się zbliżenia, bo nie wystarczy się zgarbić i trząść, trzeba się jeszcze odpowiednio poruszać; nie wyszło: nie to tempo chodu, nie ta mimika), albo to charakteryzatorzy nie podołali zadaniu (co oczywiście nie jest łatwe, tym bardziej przy dużej ilości zbliżeń twarzy). Albo jedno i drugie.
Być może należało po prostu rolę „starej” Sabiny powierzyć komuś innemu? Nie wiem, w każdym razie oglądając „staruszkę”, trzeba włożyć sporo wysiłku, żeby nie widzieć w niej przebranej i ucharakteryzowanej, zupełnie młodej Agaty Buzek.
Poza tym jest jeszcze kilka drobiazgów, ale wszystkie, łącznie z powyższym, da się wybaczyć. Reszta filmu to sama przyjemność.
PS
Co to są za zwyczaje z tymi reklamami? Jeszcze bym zrozumiał kilka reklam. Jedną, dwie, zapowiedź filmu... Ale dwadzieścia minut? Toż to tyle co jedna piąta filmu! Już bym chyba kronikę oglądać wolał!



Komentarze
Pokaż komentarze (2)