Rzadko mi się to zdarza, ale dziś się zdarzyło: na konferencji prasowej zadałem pytanie tylko po to, by upewnić się, że zapytany nie zna odpowiedzi. Szkoda, że pytanym był jeden z lepszych ministrów obecnego rządu - Zbigniew Religa.
We wcześniejszym poście pisałem, że projekt ministra podwyżki składki zdrowotnej jest, łagodnie mówiąc, mało konkretny. Zapytałem, o ile wzrośnie budżet NFZ w wyniku podwyżki oraz czy będzie rekompensata dla samorządów. Religa po swojemu, czyli ze sporym wdziękiem, zignorował oba pytania, choć odpowiadał mi ze trzy minuty. Poświęcił je na kolejne zapewnienia, że pieniędzy potrzeba więcej, a jeśli wydatki na zdrowie mają sięgnąć 6% PKB, to tylko dzięki podwyżce składki.
Brzmiało nieźle, ale treści tu tyle co w każdej innej gadce-szmatce. Po pierwsze chciałbym wiedzieć, ile kosztowałby system ochrony zdrowia, który mógłby być dziś uznany za wystarczający, ale który byłby sprawny. Średnio mnie interesuje, ile musi kosztować obecny system marnowania kasy.
Po drugie, proszę o tę informację w złotych, a nie w procentach PKB. Pewnie, że im bogatsze państwo, tym więcej może wydać, ale najpierw ustalmy, jakiego rzędu pieniądze wydać trzeba, a potem dyskutujmy, czy i ile można ponadto.
Spływają po mnie argumenty, ile wynosi składka w Czechach czy ile kosztuje ochrona zdrowia w Niemczech. Na razie nie ma jeszcze jednolitych w Europie proporcji między PKB a cenami poszczególnych towarów i usług.
Wolałbym, żeby moja składka zdrowotna skutecznie pozwalała wyleczyć mnie i moje dzieci, a nie brata Czecha czy Niemca. Nasz rząd nie wydaje się jednak interesować tym wątkiem. Dziennikarze także, bo Religę wypytywano o podwyżki płac, o to, czy wybiera się do miasteczka namiotowego (się wybrał) i o to, jak się czuje (widać było, że kiepsko). Choć doceniam, że swój powrót ze szpitala na polityczną scenę medialnie rozegrał świetnie.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)