Niby nic, drobiazgi bez znaczenia, niektóre zupełnie niewinne: w Warszawie wystawiają salonkę Bieruta, w Krakowie wyjechały na ulice stare tramwaje (w Warszawie nie trzeba okazji, bo połowa taboru wciąż pochodzi z przełomu lat 60. i 70.). W Koszalinie jakaś prywatna inicjatywa lewicowa organizuje fetę z Adamem Gierkiem, w Lublinie świętuje miejscowe SLD.
Po 20 latach wolności - są wciąż ludzie, którzy chcą czcić rzekomą rocznicę tzw. manifestu PKWN. Czy na pewno właśnie na tym polega wolność? Czy dla kogokolwiek może nie być oczywisty charakter PKWN czy PPR? Czy godzi się czcić proklamację kolejnej okupacji?
Salonkę czy tramwaje uznać można za przymrużenie oka. Lewica jeszcze się wzbrania przed świętowaniem na szczeblu centralnym. Ale kto wie, czy za parę lat tego nie zrobi? Lub doszedłszy do władzy - zorganizuje oficjalne, państwowe obchody? A może zechce przywrócić święto?
Wiem, mamy poważniejsze problemy, ale szlag mnie trafia. Chciałbym dożyć czasów, gdy nie będę musiał w kółko tłumaczyć dzieciom, że to, co się dzieje wokół nich, niekoniecznie ma jakikolwiek sens.
PS. Spór o KDT kończę, bo wymiękłem na widok komentarza niejakiego Jacka Hacketta. Zażądał, bym zgodził się na postawienie kupców z KDT w jednym szeregu ze stoczniowcami z 1980.
Inne tematy w dziale Polityka