Czas jakiś zastanawiałem się, jak odpowiedzieć Grzesiowi, który wydaje się nie wątpić w autentyczność "rozmowy Wałęsy z bratem" w Arłamowie. Doszedłem do wniosku, że merytorycznej odpowiedzi - nie ma i być nie może.
Zapewne nigdy już nie dowiemy się, jak to było. Wówczas bezpieka wszak nie trudziła się, by dowodzić autentyczności taśm. Wiedziała zresztą, że byłby to trud daremny. Wałęsa nie mógł nawet odnieść się do tego, co jego brat jakoby powiedział później o magnetofonie itd. - bo tego nie ujawniano.
Można się spierać o język. Brata Wałesy nie znałem wcale. Samego Wałęsę - dość dobrze. Otóż w moim mniemaniu to raczej nie jest jego język. Ale oczywiście nie znałem go nigdy od strony najbardziej prywatnej, nie mogę też wykluczyć, że okoliczności na język wpłynęły.
Słowo przeciwko słowu. Nie ma tu już niczego do zrobienia. Powoływanie się na taśmy, lub rezygnacja z używania ich jako argumentu - to zatem dziś kwestia smaku. Dla mnie oczywista: nie wierzę w prawdziwość tego, co bezpieka mogła dowolnie sfałszować.
Nie wierzę ze względu na bagaż osobistych doświadczeń, z powodu więzi, jaka łączy mnie z podziemiem lat 80. Z przyczyn emocjonalnych. Grześ tego bagażu nie ma i trudno wymagać, by się w ten bagaż teraz zaopatrywał. Prywatnie chętnie bym Grzesia opieprzył, ale nie kryję, że miałbym kłopot, gdyby Grześ nagle zapytał: "a za co?".
Inne tematy w dziale Polityka