Nie czuję potrzeby czynienia 1 sierpnia świętem ustawowym. Świętować rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego można i bez tego. Od ustawy nie przybędzie patriotyzmu ani wiedzy o Powstaniu. Ustawa jest potrzebna, gdy święto ma być dniem wolnym od pracy. Ale jeśli ustawa o 1 sierpnia zostanie przyjęta, nie będzie mi to przeszkadzało. I to chyba tyle.
Propozycja Prezydenta wywołała w salonie burzę. Po raz kolejny okazuje się, że nie umiemy rozmawiać - umiemy tylko bronić pozycji skrajnych. "Za" albo "przeciw", ta lub tamta strona barykady, AK albo ZOMO. Czy naprawdę polemika z tym projektem musi zawierać mieszanie z błotem całego Powstania? Musi odwoływać się do idei wprost z PRL-owskiej propagandy, że powstańcy byli cacy, ale Powstanie i jego liderzy - be?
Rzecz zaczyna się w Sejmie, obejmuje samorządy i sięga obywateli. Dość prześledzić dyskusje rad miejskich, gdy pada wniosek o przemianowanie kolejnej ulicy, placu, szkoły, szpitala na "im. Jana Pawła II" czy "Marszałka Piłsudskiego". Nie ma rozmowy o nazwach i sensie ich zmian - jest krzyk, kto "za" Papieżem, a kto "przeciw".
Śmiem twierdzić, że Powstanie miało głęboki sens. Rozumiem wszakże, że można je uważać za niepotrzebne, bo skazane na klęskę. Nigdy się już pewnie nie dowiemy, czy Sowieci na prawym brzegu Wisły mieli jakiś alternatywny plan wobec tego, który wykonali. Czy naprawdę nasza zdolność do nazywania rzeczy jest już tak niewielka, iż przeciwnik uczczenia Powstania musi sięgać po słowo "zbrodnia"?
Inne tematy w dziale Polityka