Nie prowadzę żadnych śledztw i nie mam żadnych nowych informacji, w szczególności o sen. Piesiewiczu i jego prześladowcach. Mam refleksje. Dziwi mnie rozwój sprawy, dziwią mnie komentarze. I nie dziwią zarazem.
Dziwię się Tomkowi Machale, który najwyraźniej zakłada, że to, czego się dowiedział, to po pierwsze - sama prawda, po drugie - prawda kompletna, po trzecie - że to i tylko kazało prokuraturze stawiać zarzuty i wnosić o uchylenie immunitetu senatora. Zeznania szantażystów, filmik przez nich nakręcony, ślady kokainy we włosach jednej z szantażystek - i to wszystko?
Gdyby tak było, oznaczałoby to ośmieszenie prokuratury. Wiem, że to popularna w s24 teza, ale ja w to nie wierzę. Choć czasem Monty Pythonem zalatuje, Polska nie jest jest jednak krajem z ich bajki. Pozostaję przy swoim: choć prywatnie jestem pełen współczucia dla Piesiewicza, sądzę, żę prokurator ma ważkie powody, a zatem, że jest spore prawdopodobieństwo uwikłania senatora w przestępstwo narkotykowe. Dura lex, sed lex.
Kataryna wspomina o pigułce gwałtu. Czy mogę to wykluczyć? Nie. Ale uwierzyć - też trudno. Czy prokurator mógł nie wziąć tego pod uwagę? Wątpię. Przyjmijmy lepiej, że zapewne nie znamy wszystkich atutów prokuratury, że nie każda czyność organów władzy w Polsce jest fragmentem wyścifu absurdów, że wreszcie - konia z rzędem temu, kto wyjaśni, jaki interes miałaby prokuratura w pogrążaniu senatora PO.


Komentarze
Pokaż komentarze (62)