To ostatni odcinek mojego marudzenia po piątkowym debiucie nowego rządu. Dotąd pisałem o kolacji z Faktem i o tym, jak Donald Tusk zachęcał do walki z BORowcami. Dziś o pierwszej konferencji prasowej. Zapowiedziana na 11.30 w piątek, natychmiast po zaprzysiężeniu rządu, miała być symbolem otwartości gabinetu.
Może dlatego wielu z nas ufało, że w wielkiej sali konferencyjnej na IV piętrze gmachu KPRM będzie okazja, by wypytać premiera i ministrów o priorytety i drobiazgi. Że Jan Jacek Vincent Rostowski, niepotrzebne skreślić, powie coś o taktyce budżetowej - autopoprawka rządu czy podrzucanie poprawek posłom - i o swym PESELu i NIPie.
A to rzeczywistość. Na zdjęciu z lewej widok z miejsca,
w któtym stać powinni dziennikarze, z prawej - gdy wdrapałem się na chwilę na tzw. zwyżkę. Spędzono nas do Sali Obrazowej (to rodzaj wielkiego, ale dość wąskiego przedpokoju gabinetów służących do przyjmowania gości), wszystko odbyło się na stojąco, rząd miał jeden (!) mikrofon. 13. premier RP poświęcił nam 13 minut. Padło może 8-10 pytań.
A odpowiedzi? Nie słyszałem. Salę przegrodzono zwyżką dla fotografów i kamerzystów. Ci utworzyli szczelny mur wysokości ok. 2.5 m. Głośniki były po tamtej stronie, mur skutecznie wygłuszał dźwięk. Mikrofon dla dziennikarzy stał w miejscu, w którym nie było mowy o nawiązaniu kontaktu wzrokowego z adresatem pytania.
Tyle o medialnym falstarcie rządu DT. Ale to już historia, teraz czas na rzeczy ważne.


Komentarze
Pokaż komentarze (46)