Nie znoszę patosu, nie napiszę żadnego o 11 listopada. Wątpię zresztą, czy właśnie w Polsce blask wolności oślepia. Mnie nie.
Nie wiem, czy Święto Niepodległości to dobry dzień, by pisać o tym, o czym piszę. Rano wszakże pojawi się najnowszy raport Światowego Forum Ekonomicznego o nierówności płci (World Economic Forum Gender Gap Report) za 2008. Zresztą już jest - adres odgadnąć łatwo...
Polska pewnie awansuje (przed rokiem była 60., czyli w 1/3 stawki), ale nie odzyska pozycji z 2006 (44.). Zasadniczych zmian nie widać. Podium tradycyjnie zajęte przez Skandynawów, daleko przed Polską - Filipiny, Sri Lanka, spora część Afryki, ale zanami większość Europy Śr.-Wschodniej.
Zresztą to tylko ranking - złożony z kryteriów politycznych, zdrowotnych, edukacyjnych, ekonomicznych - mierzący różnice między płciami, a nie poziom rozwoju poszczególnych krajów. To tylko pretekst, by napisać o tym, czego nie lubię.
Nie lubię... facetów. Zawsze lepiej czułem się w babskim towarzystwie. Baby plotkują, owszem, głównie o facetach, ale zwykle informacyjnie raczej niż emocjonalnie. Faceci, gdy są w swoim gronie, rychło zaczynają się przechwalać podbojami. A to coś, czego nie trawię.
OK, ta prywatna konstatacja nie uzasadnia tytułu postu. Czemu uważam Polskę za kraj patriarchalny? Przecież była już nawet pani premier (cóż, że tylko kilkanaście miesięcy), a dziennikarz, którego podobno politycy boją się najbardziej, też czasem nosi spódnicę...
To jednak trzeciorzędne cechy płciowe. Fatalny schemat, każący patrzeć na równouprawnienie przez pryzmat polityki i prowadzący wprost do idei parytetów - które są wrogiem równouprawnienia.
Polski patriarchalizm tkwi w rodzinie, w wychowaniu. Stąd przenosi się do szkół (chłopcy rozrabiają, ale tacy są - dziewczynki mają być grzeczne i basta), do firm (facet zarobi lepiej, choćby babeczka robiła to samo szybciej i lepiej), na ulice (baba za kierownicą). Sprawia, że wiele kobiet wierzy, iż nie jest im pisana ani kariera, ani nawet sprawne prowadzenie samochodu. W dużych miastach widać coraz więcej pań za kierownicą, ale to rezultat życiowych konieczności, a nie zmiany obyczajów - mąż wciąż niechętnie puszcza żonę za kółko, ojciec nie uczy córki, choć syna sadza w aucie na kolanach, nim ten zacznie mówić. Itp., itd.
Kolejne młode pokolenia wydają się nieskażone problemem. Pozornie - ta sielanka trwa, dopóki trwa szkoła. Gdy wchodzą w dorosłe życie, pod naciskiem nowego otoczenia szybko odtwarzają nauki z domu.
Rola rządów jest tu minimalna. Mediów - większa, ale też ograniczona. Szczerze mówiąc nie wiem, co może sprawić, że sytuacja się zmieni. Zwłaszcza, że tam, gdzie jest inaczej - niekoniecznie jest lepiej. Nie korci mnie skandynawski model równouprawnienia, oparty na pomocy państwa idącej tak daleko, że niemal zachęcającej do życia samotnie.
1351 - 2 160 800


Komentarze
Pokaż komentarze (40)