Nie będę robić sobie jaj. Zgadzam się, że bezpieczeństwo VIPów jest bezcenne. Nie wątpię, że ochroniarze gruzińscy dali wczoraj ciała; o BORze nie mówię, bo nie wiem, czy miał tam jakąkolwiek swobodę działania.
To rzekłszy chcę się pokłócić z tezą, jakoby doszło do skandalicznego zagrożenia bezpieczeństwa prezydentów Gruzji i Polski. Po pierwsze, jak już zresztą pisałem, nie widzę przyczyn, dla których należało oczekiwać strzelaniny - chyba, że była ona zaaranżowana przez gruzińskie siły specjalne. Ale w to ośmielam się wątpić.
Wizyty polityków w miejscach niebezpiecznych nie są niczym niezwykłym. Choćby dawniej w strefie Gazy, obecnie na terytorium palestyńskim. Choćby w Iraku, w bazach na terenach objętych walkami. Choćby w Afganistanie - przypomnę, że z powodu stingerów w rękach talibów, gdy ci niemal podchodzili pod Kabul, już samo lądowanie na kabulskim lotnisku było sporym ryzykiem. Nawet bez ostrzału - podejście na pograniczu nurkowania jest niebezpieczne dla każdego samolotu innego niż mysliwiec czy maszyna akrobacyjna.
Zagrożeniem bywa - i był wczoraj - brak wcześniejszej wizji lokalnej ochroniarzy. Ale bywa, że sprawdzenie terenu nie jest możliwe, a jednak VIPy się tam pchają. Ten zatem argument również nie może być decydujący.
Wreszcie - nazwę rzecz po imieniu - nie ma sposobu, by zagwarantować 100 procent skuteczności ochrony. Rozważać trzeba prawdopodobieństwo tragedii. Polskie VIPy od lat ryzykują życiem całkiem poważnie, latając dwoma Tupolewami rządowego pułku. Niewiele lepiej jest z Jakami oraz helikopterami tej formacji. Na tym tle - wyprawa prezydentów do Akhalgori to zaiste małe piwo.


Komentarze
Pokaż komentarze (44)