Miał być wielki, wspólny plan, który pobudzi unijną gospodarkę i złagodzi recesję. Jest apel, zestaw próśb i propozycji, które państwa członkowskie mogą wypełnić, jesli zechcą. Tak przynajmniej stanowi projekt KE, przedstawiony dziś w Brukseli.
Po istotnie niepokojącej wypowiedzi niemieckiego ministra gospodarki Michaela Glosa w zeszłym tygodniu pojawiły się - m.in. w s24 - obawy, że UE zmusi Polskę do inwestowania pieniędzy z jej budżetu w ratowanie firm w krajach najbardziej dotkniętych kryzysem, a więc w zachodniej Europie. Dziś wiadomo: nic z tego.
Zamiast 130 mld euro mamy 200 mld, bo to już 1.5, a nie 1% unijnego PKB. 30 mld ma pochodzić z budżetu Unii, 170 - z krajowych. Kto zechce, może kasę wyłożyć i inwestować w, hm, postępowe technologie. Kto nie zechce, nie musi.
Tu tkwi dla nas pewne niebezpieczeństwo: zapewne wielu nowych członków UE nie wykorzysta całości swoich limitów. Zgodnie z zasadą elastyczności o tyle więcej wydać będą mogli inni. Pogorszy to konkurencyjność m.in. polskich firm.
Ale to nic dramatycznego. Wielki plan powiada, że członkowie UE mogą wesprzeć to i tamto, mogą obniżać VAT (Polska? akurat...), mogą dążyć do powszechnego szczęścia i dobrobytu. Uff. 1401 - 22 33 888


Komentarze
Pokaż komentarze (31)