Późny sobotni wieczór. Pora właściwie nienajlepsza na wyprawę do kina z 12-latkiem. Cóż, zbyt długo się wybieraliśmy na ten film. Gdy już się wybraliśmy, w Multikinie grali go tylko o 21.30. Jeden jedyny seans.
Po zwyczajowej kłótni, czy jest sens kupować zestaw pieczonego powietrza z cieczą w papierowym kubku za dwie dychy (tym razem wygrałem) - zasiedliśmy w rzędzie J. Na ekranie najpierw czekoladki, potem prezerwatywy, wreszcie Red Bull.
- Kiedy zacznie się film? - zapytał mój syn po raz siódmy.
- Kiedy skończą się reklamy - odparłem cierpliwie.
Film się zaczął, potem skończył, szczerze mówiąc mogliśmy go sobie darować, ale zapowiadał się nieźle - obaj lubimy filmy katastroficzne. O filmie zapomnieliśmy, syn śpi, a ja zastanawiam się nad ową moją stałą odpowiedzią na to jego stałe pytanie o reklamy.
W zasadzie nie można mi nic zarzucić. Odpowiedź jest precyzyjna. Ale czy jest także wyczerpująca? Czy ten dialog nie przypomina trochę niektórych naszych salonowych dyskusji?



Komentarze
Pokaż komentarze (18)