W poniedziałkowej Gazecie Wyborczej na pierwszej stronie królował temat PSL i związanych z nim prawd objawionych o polskiej polityce. Niestety, prawdy te nie wnoszą absolutnie nic nowego do obrazu polskiej polityki. Wnoszą jednakże coś nowego do obrazu polskich mediów. Wielki główny artykuł pióra Witolda Gadomskiego pod tytułem „ Co państwo na to” stanowi dla mnie niemal klasyczny dowód na ostateczną klęskę polskiego dziennikarstwa.
Oto znany dziennikarz na łamach jednego z największych (sprzedaż ciągle spada, więc trudno te właściwe miejsce zlokalizować) tytułów pisze o czymś, co wie właściwie każdy. Co więcej, czyni to w tonie objawienia prawd nieznanych nikomu wcześniej. I jest z siebie bardzo zadowolony. Z tekstu wręcz bije poczucie autora o dobrze wykonanej pracy. Nie rozumiem w ogóle dlaczego, bo samo postawienie kilku pytań nie kwalifikuje się, w moim odczuciu, do uznania czegoś jako rzetelnej dziennikarskiej pracy. Zaś pisanie o czymś, co dostarczono spośród szeregów partii, na podstawie „kwitów” właściwie, jest dla mnie dowodem na to, że dziennikarstwo w Polsce już nie istnieje. Zresztą, jak zdaje się sugerować tytuł, nie zawierający znaku zapytania, podnoszone kwestie nie są nawet pytaniami na serio. Ot, aby coś napisać.
Zawsze mi się wydawało, że dziennikarze są postawieni na straży demokracji, że ich pracą jest patrzenie na ręce władzy. I pisanie o tym, co wydaje się niezbyt zgodne z ideałem, do którego jakoś tam zdaje się aspirujemy. Społeczeństwo obywatelskie nie może istnieć nie tylko bez zaangażowanych obywateli, ono nie zaistnieje bez poinformowanych obywateli. I na tym chyba powinna polegać praca mediów. Posiadanie władzy to nie tylko profity, to także – a może nawet przede wszystkim – obowiązki. Tymczasem w naszym kraju najpierw – niezależnie od tytułu – stawia się tezy, a potem szuka argumentów. Opis rzeczywistości przykrawany zostaje w ścisłej zależności od sytuacji, a efekty możemy obserwować każdego dnia na portalach i w kioskach. Miałkość opinii i walka personalna między dziennikarzami różnych tytułów to właściwie jedyne, co jeszcze istnieje w polskich mediach. Nic więcej nie można uświadczyć.
Mamy bardzo poważny kryzys w mediach, nie tylko tych papierowych. Mądrzejsi, bardziej utytułowani i doświadczeni ode mnie ludzie pisali o tym nie raz i nie dwa. Przy okazji takiej jak ta i przy wielu innych. Niestety, proces upadku postępuje coraz szybciej, a sami krytycy obecnego stanu rzeczy nie są w stanie zaproponować sensownej alternatywy. No, chyba że ktoś jeszcze nadal wierzy, że twitterowe wpisy posiadają status informacji, a dziennikarstwo obywatelskie przejmie wszystkie funkcje „starego” dziennikarstwa. Na przykład śledczego. Jak to działa w praktyce, pokazał pan Serafin, tworząc swój frapujący dokument. A przecież ci ludzie zajmowali stanowiska od wielu miesięcy czy nawet lat. I przysłowiowy pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował. Ani profesjonalny ani obywatelski pies, dodajmy.
Tak więc, panowie i panie dziennikarze i dziennikarki, do roboty. Może jeszcze uda się zdobyć materiał, który nie będzie od początku do końca przygotowany przez kogoś innego? W przeciwnym razie na pewno odejdziecie w niebyt równie prędko jak skompromitowani politycy. Jeśli nie szybciej.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)