Zbliżają się Igrzyska Olimpijskie, więc w naszych mediach coraz więcej artykułów i wywiadów ze sportowcami. Jaki nasz sport jest, każdy wie, więc nie dziwi, że dopiero przy okazji takich wydarzeń jak olimpiada, przypominamy sobie o niektórych dyscyplinach. Jak choćby o szermierce.
Bardzo ciekawy wywiad z Radosławem Zawrotniakiem pojawił się w Gazecie Wyborczej. Już sam tytuł po prostu powalił mnie z nóg. A sam tekst po prostu rozbawił do łez. Czy naprawdę w naszym kraju mamy nadal socjalizm w sporcie? Nasz olimpijczyk twierdzi, że tak. I czyni to w sposób zdecydowany.
Zawrotniakowi nie podoba się wszechwładza działaczy. Nie tylko w jego własnej dyscyplinie. Czy biurokracja i cwaniactwo miałkich działaczy to spadek po słusznie minionym ustroju czy może jednak sposób uprawiania przez Polaków działalności społecznej można się zapewne długo spierać. Ale załóżmy, że jako obserwator z wewnątrz tego systemu, sportowiec wie dużo więcej niż większość zwykłych zjadaczy chleba. Co zatem można zrobić by ten okropny stan rzeczy zmienić? Otóż należy, według Zawrotniaka, zlikwidować całkowicie Ministerstwo Sportu. Tylko wolny rynek może nas ocalić, bo kiedy sportowcy będą zdani sami na siebie, rzecz jasna będą mogli więcej zarabiać. Jak wspomina nasz zawodnik, ministerstwo cofnęło (nie tylko jemu) stypendia olimpijskie. Gniew pewnie słuszny, ale czy lekarstwo pomoże?
Jak tak obserwuję sport w wymiarze lokalnym, wrocławskim, to jakoś nie widzę, by wolny rynek wzmocnił sportowo stolicę Dolnego Śląska. Utytułowane kluby i sekcje – by wspomnieć choćby sporty zespołowe w rodzaju koszykówki czy piłki ręcznej pod egidą Śląska – nie istnieją lub ledwie przędą w niskich ligach. O ich kobiecych odpowiednikach w ogóle wszelki słuch ginie. Piłkarze Śląska swoje ostatnie sukcesy zawdzięczają nie tyle własnemu talentowi czy świetnej myśli trenerskiej Oresta Lenczyka a raczej pieniądzom pompowanym w klub przez prezydenta miasta. Drugi współwłaściciel, pan Solorz, znany przecież biznesmen, jakoś nie kwapi się do wydawania pieniędzy z własnej kieszeni. Podobnych przykładów zapewne każdy może znaleźć mnóstwo.
Pan Radosław idzie dalej w swych pouczeniach dla rządu. Postuluje bowiem, by wprowadzono ulgi dla przedsiębiorców wspierających sport. Wówczas, zapewnia, mielibyśmy morze medali. Nie tylko olimpijskich. Podobno ten system działa na zachodzie. Podobno istnieją rzesze polskich biznesmenów, którzy woleliby wspierać sport (i własne dzieci uprawiające jakąś dyscyplinę) zamiast pakować pieniądze w budżet. W to ostatnie jestem nawet skłonny uwierzyć. Każdy wolałby przecież, by obowiązek zamienił się w dobrowolną dobroczynność. Sęk w tym, że projekt pana Zawodzkiego wyklucza dobrowolność. I oznacza właśnie tak znienawidzoną przez niego ingerencję państwa. Co mają wspólnego ulgi z wolnością rynku nie był jednak uprzejmy wyjaśnić. Po tym, jak działały różnego rodzaju ulgi nie tylko w naszym pięknym kraju, mam powody wątpić, czy szlachetność to coś, co uważane jest za główną cechę dobrego biznesmena. Albo business woman, jeśli o to chodzi.
Obrywa się też mediom, które lansują takich Małyszów, a nie prawdziwych sportowców w rodzaju naszych olimpijczyków. To uniemożliwia im – jeśli dobrze zrozumiałem treść między wierszami – uzyskiwanie sponsorów. Nie wiem, jak to jest w szermierce, ale jakoś w innych dyscyplinach zawodnicy i zawodniczki godzą sport z występowaniem w mediach czy reklamach. Te pieniądze zaś na pewno pomagają im uprawiać ukochaną dyscyplinę. Może zamiast tworzyć wyrafinowane teorie lepiej znaleźć menadżera, który się wszystkim zajmie?
Ciekawe to słowa, ciekawe teorie i ciekawy wywiad. Przemyślenia ekonomiczne i polityczne, z domieszką krytyki mediów. Mam szczerą nadzieję, że w swoim fachu jest pan Zawodniak jednak dużo lepszy. I, zgodnie ze złożoną w wywiadzie obietnicą, przywiezie medal z Londynu. Wówczas może nawet ministerstwo popatrzy łaskawszym okiem? Sponsorzy na pewno. No i, nigdzie dotąd nie wspomniani przez pana sportowca, kibice.




Komentarze
Pokaż komentarze