Powszechny stereotyp mówi, że my, Polacy, za dużo narzekamy i w ogóle się nie uśmiechamy. Nie jesteśmy szczęśliwi i okazujemy to na każdym kroku. Za wzór godny naśladowania podaje się nam amerykański sposób życia, w którym ludzie są uśmiechnięci i zadowoleni z życia. Wszystkie zaś życiowe problemy rozwiązują się właściwie same, jak świadczą o tym setki filmów z krainy snów. Wystarczy jedynie chcieć.Happiness, film w reżyserii Todda Solondza, przedstawia jednak większą złożoność świata. Poszukiwanie szczęścia okazuje się bardzo skomplikowaną sprawą.
Historia ukazana w filmie toczy się wokół życia trzech sióstr. Każda z nich prowadzi inne życie, ale łączy je jedno – brak satysfakcji. Niezależnie od tego, jaką rolę pełnią w świecie, wewnątrz mają poczucie niespełnienia i tęsknoty za innym życiem. Prawdziwe życie wydaje się być zupełnie gdzie indziej. Bohaterki podejmują zatem próby odszukania tych miejsc. Nie jest to łatwe zadanie.
Trish Maplewood to gospodyni domowa, matka dzieciom i oddana żona psychiatry Jeffa. Patrzącym z boku wydaje się uosobieniem udanego życia, ale widz szybko przekonuje się, że prawdziwe uczucia Trish chowa gdzieś głęboko. Na tle średniej siostry, Helen Jordan (Lara Flyn Boyle), uznanej poetki i atrakcyjnej kobiety, prowadzącej światowe życie artystki wyzwolonej od społecznych konwenansów i ograniczeń, zajmowanie się domem musi wypadać blado. Sama Helen świadoma jest jednak pustki swojego życia, wynikającego z faktu, że ludzie pragną raczej pewnego wzorca, który reprezentuje w ich oczach, a nie jej samej. Nawet życie najmłodszej z sióstr, Joy (Jane Adams), postrzeganej przez całą rodzinę jako zbyt wrażliwa i zbyt łatwowierna osoba, która nie radzi sobie w życiu, wydaje się być bardziej atrakcyjne niż rutyna codzienności gospodyni domowej. Cichy dramat Joy rozgrywa się jednak w starciu z ludźmi, których zupełnie nie jest w stanie zrozumieć, a jej naiwność sprawi, że zostanie wykorzystana. Obraz jest zatem smutny. Trish pragnie szczęścia, ale prawdziwe jego wcielenie wydaje się być gdzie indziej. Podobnie myślą dwie pozostałe kobiety, zazdroszcząc sobie nawzajem. W efekcie siostry pożądają czegoś na wzór wyobrażeń cudzych żyć, nie dostrzegając cieni związanych z takim a nie innym wyborem życiowej drogi.
Obok losów trójki bohaterek mamy do czynienia z całym szeregiem innych historii. Problemy małżeńskie ich rodziców to jeden z wątków. Po kilkudziesięciu latach małżeństwa ojciec rodziny chce separacji. Próbuje ułożyć sobie życie na nowo, wdaje się w romans, ale na końcu odkrywa, że tak naprawdę po prostu jest wypalony z wszelkich uczuć i na dobrą sprawę pragnie jedynie samotności. Z kolei mąż Trish, Bill Maplewood (Dylan Baker), wzięty psychiatra, okazuje się być pedofilem, który gwałci kolegów swojego jedenastoletniego syna. Jego postać wywołuje najwięcej kontrowersji, bo ukazuje ludzką twarz człowieka, dla którego nikt nie ma litości. W całym mikroświecie Happiness nikt nie jest szczęśliwy, mimo nieustannych prób doścignięcia swoich pragnień. W przewrotny sposób pierwsza ejakulacja Billy'ego, syna Trish i Billa, jest jedynym spełnieniem marzeń, za którymi gonią bohaterowie tego filmu. Reszta uwięziona jest w nieustannej pogoni.
Jeśli prawdziwe szczęście, to także udane życie seksualne, twierdzą Amerykanie. Nie mogło zatem zabraknąć i tego tematu w Happiness. Seks na prowincji ma się jednak nijak do seksu w wielkim mieście. Pedofilia szanowanego lekarza psychiatry, sado – masochistyczne fantazje jednej z sióstr, nastoletnia masturbacja to tematy, o których głośno się nie mówi. Czy to jednak oznacza, że przestają istnieć? Solondz nie ma boi się łamać zmowy milczenia. Interesuje go zwyczajne życie, ukazane bez żadnych upiększeń. To widz ma głos oceniający.
Skojarzenie bohaterek filmu z postaciami wykreowanymi przed laty przez Czechowa wydaje się być oczywiste, nie do końca odpowiada jednak prawdzie. W filmie Solondza punkt wyjścia jest zupełnie inny – akcent położony został w miejscu rozdźwięku pomiędzy życiem demonstrowanym na zewnątrz i wewnętrznymi stanami ducha każdej z postaci. Reżyser stara się ukazać – zrozumienie wykracza bowiem poza zdolność kinematografii – złożoność ludzkiej natury. Nic nie jest w tym filmie oczywiste, każda scena rodzi więcej pytań niż odpowiedzi. Każda scena pokazuje tych samych ludzi w różnym świetle. Bohaterowie są zatem dobrzy i źli jednocześnie i nie ma w tym nic dziwnego. Jesteśmy jedynie ludźmi, ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu.
Tę właściwość stawiania problemów reżyser osiągnął także dzięki zastosowaniu środków wyrazu, za pomocą których zdecydował się na przedstawienie swej historii. Wielowątkowa historia, rozbita na kilkuminutowe sceny, w których dominują statyczne ujęcia i dialogi, snuje powoli opowieść o codziennym życiu. Każdy dramat rozgrywa się cicho, banalnie wręcz, a bezcelowość wysiłków bohaterek i bohaterów wzmaga poczucie niepewności u widza. I prowokuje do stawiania pytań, do konfrontacji własnych wyobrażeń i osądów. Ten efekt wzmacnia komizm wielu scen, który swym czarnym humorem zmusza do zastanowienia, co nas tak naprawdę śmieszy i dlaczego.
Solondz, jak już wspomniałem, nie udziela jednoznacznych odpowiedzi, nie ocenia swoich bohaterów. Stara się być jedynie świadkiem, przedstawia fakty, prowokuje do myślenia. Widz właściwie przez cały czas jest pozostawiony sam sobie z całą masą wątpliwości, na które musi samodzielnie znaleźć odpowiedź. Obraz Solondza nie moralizuje, a przedstawia. Można go pokochać lub znienawidzić, ale na pewno nie można łatwo zapomnieć nastroju dojmującego smutku, jaki film pozostawia po skończonym seansie. Podobnie jak nie można zapomnieć pytań, na które każdy widz musi odpowiedzieć sobie sam.



Komentarze
Pokaż komentarze