krzysztofmroczko krzysztofmroczko
164
BLOG

Dojrzała dekadencja

krzysztofmroczko krzysztofmroczko Kultura Obserwuj notkę 0

 Placebo przez lata było postrzegane jako zespół dla zdołowanych nastolatek, noszących się na czarno i próbujących pozować na melancholiczne postaci z końca XIX wieku. Dziwne teksty, pełne seksualnych aluzji i muzyka oscylująca między agresją szybkich riffów a smutkiem wolnych ballad przysparzały zespołowi tyleż samo fanów co przeciwników. Grają już razem prawie dwie dekady, właśnie po raz kolejny przyjeżdżają do Polski. Dobra to okazja do słów paru o nowym albumie.

Po okropnie słabej, najgorszej w całej dyskografii płycie Battle for the sun, nie spodziewałem się po Placebo niczego szczególnego. Tym bardziej, że cztery lata zajęło im nagranie nowej płyty. W gruncie rzeczy chyba warto jednak było poczekać.

Najnowsza produkcja – zatytułowana Loud like love – nie przynosi zaskoczenia. A może właśnie przynosi, bo nie idzie szlakiem wyznaczonym przy okazji poprzedniej płyty. Trio zawróciło z drogi, na której zupełnie się nie odnalazło. Nikt nie kupił muzyki bardziej – przynajmniej w założeniu radosnej, energetycznej. Mam wrażenie, że zbyt dosłownie amerykańskiej, zupełnie nie pasującej do tego, do czego przyzwyczaili nas muzycy z małej wyspy na północy Europy. Dlatego też nie było dla mnie zbyt dużym zaskoczeniem, że nowy album stanowi powrót do tego, co znane. Z jakim skutkiem, to już kwestia dyskusji.

Początek płyty to żywiołowy Loud like love, ostatnio wydany jako drugi singiel. Jest tu wszystko to, czego potrzeba muzyce puszczanej w radiu – szybkość, chwytliwa melodia, skandowany refren. Nic nowego w gruncie rzeczy, ale utwór nie przynosi muzykom wstydu, zapowiadając powrót do dawnej estetyki, nieco tylko odświeżonej dzięki dodaniu różnych elektronicznych smaczków, przypadkowych na pozór dźwięków, rozrzuconych między gitarowymi riffami i schowaną raczej sekcją rytmiczną.

Scene of the crime podąża właściwie tym samym tropem. Przesterowana gitara, której nie sposób pomylić z żadnym innym wykonawcą, nie tylko nadaje tempo, wygrywając krótki, urywany rytm, ale też nie zapomina o podawaniu niezłej melodii. To wciąż Placebo, które podbiło w swoim czasie miliony.

Too many friends będący singlem promującym cały album – daje pierwsze oznaki zmian, które przynosi najnowsza płyta. Zaczyna się jak senna ballada, by w miarę upływu czasu narastać aż do hałaśliwego crescendo wszystkich instrumentów.

Im dalej tym właściwie bardzo podobnie, nie ma tu żadnych większych zaskoczeń. Może jedynie widoczna przewaga utworów spokojniejszych, wolniejszych jest jedyną zmianą, odróżniającą Loud like love od debiutu czy Black market music. Muszę przyznać, że mnie ta nowość przekonuje. Zwłaszcza w finałowym Bosco, ponad sześciominutowej balladzie, która rozwija się od dźwięków pianina po smyczki by zakończyć się perkusyjnym solo.

Tak naprawdę jednak prawdziwą jakość tego albumu widać w warstwie lirycznej. Nie chodzi tutaj o jakąś specjalną odkrywczość tekstów piosenek. Wielu zresztą zarzuca Molko infantylizm i banalność tekstów na płycie, po części zresztą słusznie, bo daleko mu do poziomu z lat 90., kiedy jego zabawy słowne uzyskały uznanie samego mistrza tej dziedziny – Dawida Bowie. Niemniej wszystkie traktują o miłości – w różnych jej stadiach i formach, ale wciąż. Czym innym jest wykrzyczenie radości z Loud like love, a czymś odmiennym wyznanie w miłosnej balladzie Bosco, którą równie dobrze mógłby zaśpiewać Leonard Cohen. Nie zabrakło też autoironicznych odniesień, w rodzaju tych obecnych w Exit wounds i Begin an end. Ich odkrywanie pozostawię jednak tym, którzy zdecydują się na samodzielne przesłuchanie płyty.

Loud like love arcydziełem na pewno nie jest. Z drugiej strony nie jest też to płyta słaba. Ot, dobrze odegrane rzemiosło, w którym znalazło się miejsce na przebłyski czegoś w rodzaju dawnego talentu. Zdecydowanie się na powrót do znanych sobie rozwiązań wyszedł zespołowi na dobre, ale nie spowodował też żadnej nowej jakości. Efekt nie porywa, ale też nie odrzuca. Po prostu dość zwykła płyta niegdyś niezwykłego zespołu. 

Wrocławianin z urodzenia i przekonania. Myślę szybko, nie owijam w bawełnę. Nadal wierzę w dziennikarstwo obywatelskie, dlatego prowadzę portal osiedlowy Wrocław Leśnica Info. Tutaj już nie piszę o polityce, zostawiam to hunwejbinom i sekretarzom. 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura