54
BLOG
Odcinek 4 W którym bohaterka poznaje pewne zawiłości męskiej psychiki oraz przekonuje się że z gilotynką do papieru lepiej obchodzić się na trzeźwo Pomyliłam się niestety co do tego, że w kserze nikogo nie było( niepotrzebnie wypiłam łyk wina od żula). Kiedy podeszłam już całkiem blisko zauważyłam Grzesia. Grześ to asystent w naszej katedrze. Dobrotliwa chłopina, ale kompletna sierota. On chyba też wyznaje filozofię, że nieważne jest to w co się ubierze. Efekt zawsze będzie ten sam. Nosi kusawe spodnie, mokasyny i białe skarpety, hmm właściwie zupełnie jak Mieczysłąw..Zawsze wszystko leci mu z rąk a na jego twarzy gości przeważnie prosięcy odcień różu. Nie żebym go nie lubiła. Lubię go bardzo, ale materiałem na faceta dla mnie to on nie jest. Teraz Grzesiu posuwał się na kolanach po podłodze. Nie, nie postanowił jej dopastować spodniami. Jak zwykle notatki, które zamierzał skserować rozsypały się, a Grześ usiłował je pozbierać. Z marnym skutkiem zresztą, bo to co zebrał to na powrót mu wypadało. Postanowiłam skrócić mu te męki i odezwałam się: - No witam panie magistrze, pozwoli pan, że pomogę - Eee dzień dobry eee - Ehh, jak on w ogóle został tym asystentem. Schyliłam się i raz dwa wszystko uporządkowałam. Podałam Grzesiowi plik kartek. - Niech pan pierwszy kseruje, ja tu mam jeszcze coś do załatwienia z Panem eeee, z Panem od ksero. Naraz obydwoje z Grzesiem usłyszeliśmy stuk, potem huk a na końcu wrzask. -Aaaaaa kurwa!!!!! Aaaaaaa!!! To mój James Dean leżał na podłodze wierzgając nogami i wrzeszcząc w niebogłosy. Obok leżała rozwalona gilotynka do papieru. Taka jakby lekko czerwonawa. To był szok! Mój ukochany w wielkim niebezpieczeństwie. Zrobił sobie krzywdę. Naraz naszły mnie okropne wizje. W jednej z nich przychodzę do punktu ksero podaję kartki do kserowania Jamesowi, ale Jamesa nie ma. Zamiast niego widzę starego brodatego dziada, który wyciąga do mnie ręce by przyjąć zamówienie. Druga wizja jest daleko straszniejsza. Podjeżdzam pod punkt ksero, ale punktu ksera już nie ma.. Widzę jak wynoszą maszyny, bindownice, ryzy papieru. Zamiast tego nowy właściciel otwiera tam... monopol!! Nie ma Jamesa, nie ma ksero! Aż się wzdrygnęłam. Trzeba było działać i udzielić pomocy ukochanemu. Przynajmniej ja byłam w stanie. Grześ odpadł w przedbiegach. Omdlał ze strachu na krzesło a teraz wachlował się własnymi notatkami. Podeszłam do mojego Adonisa. Poczułam zapach przetrawionej wódki. Musiał wczoraj ostro zabalować.Cały czas jednak darł się w niebogłosy. - Aaaa!! umieram, wezwij natychmiast karetkę!!! Boliiii - Zaraz wezwę, pokaż mi ranę natychmiast!! - Tu tu tu, boli, zrób coś, umieram - Oczekiwalam, że zaraz zobaczę jaką straszną szarpaną ranę. Zamiast tego wskazał palec serdeczny, z którego sączyła się mała strużka krwii. Nie no, on sobie chyba ze mnie żartuje, spojrzałam na niego wyczekująco - Na co się gapisz babo!, Wzywaj lekarza, już teraz! - Wiesz, ta rana nie jest bardzo głęboka,raczej nie umrzesz, masz wodę utlenioną? Twarz Jamesa wyrażała bezgraniczną głupotę - A co to takiego? - spytał - Eee, nieważne, alkoholu tu raczej też nie znajdę, prawda? - 0,7 wódki stoi pod blatem Aha to już wiadomo czemu on tak capił. Łączy przyjemne z pożytecznym. To kseruje, to się napije. Wyjęłam do połowy opróżnioną butelkę. - Może zaciśnij zęby, co? Może lekko zaboleć - James zbladł - Aż tak mocno to cię nie zaboli.. przyrzekam Już chciałam polać wódką rankę ( raną tego zdecydowanie nie można było nazwać) gdy nagle odezwał się Grześ - Ja..ja nie mogę na to patrzeć!! - Co ty opowiadasz Grze..znaczy się co Pan magister mówi! - Ja nie mogę patrzeć jak wódka się marnuje ha ha ha, dobry żart, nie? Nie skomentowałam tej żenady. - Chciałem być tylko zabawny, chociaż raz. - Grzes posmutniał - Ha ha Panie magistrze żart się panu udał - Niech się cieszy W końcu oczyściłam ranę mojego ukochanego. Nawet jakby ciszej krzyczał i mniej się rzucał. Nalepiłam też malutki plasterek. Po całej operacji James odezwał się normalnym głosem. - Dzięki za ratunek. Tak w ogóle to Staszek jestem, Mogę się jakoś zrewanżować? Uuuu co za imię, Zdecydowanie odebrało mu urok. Wolałam zwać go w myślach Jamesem. - Właściwie jest jedna rzecz jaką możesz dla mnie zrobić - Dawaj - Pojedziesz ze mną na weekend na wieś, podasz się za mojego chłopaka, a po weekendzie będziesz miał spokój. Mam trochę kłopotów z takim jednym. Ja ci uratowałam życie ( hahahaha) to teraz ty możesz mi pomóc. - Eee trochę przesadziłaś, to duży wysiłek dla mnie udawać faceta takiej dziewczyny jak ty - tu spojrzał na mnie z niechęcią - ale jak dorzucisz litra wódki i ramę fajek to pojadę. - No dobra, ale z ciebie twardy negocjator, załatwione.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)