Bez ortodoksji i bez dawania dupy - tak podsumował postawę Dezertera już jakiś czas temu Przemek Thiele. Bardzo trafnie i wciąz zachowujące aktualność.
W moim życiu pojawił się w '89; byli właśnie - tak uważam - w swojej najlepszej formie i utrzymywali ją jeszcze kilka lat. Z przyjemnością od czasu do czasu wyciągam z półki którąś z 4 pierwszych polskich płyt długogrających i odpalam wirujący talerz; sięgam również po składankę z piłą tarczową na okładce, gdzie jest mój ulubiony ich utwór (mam go również w wersji koncertowej z Pinokia). Na pierwszym koncercie byłem 12 X 1991 r., w "Koperniku"; wcześniej wziąłem udział w zadymie na Placu Zamkowym, gdzie palono książeczki wojskowe, bo to święto LWP było przecie; ja jeszcze swojej nie miałem.
Płyty przestałem kupować po Deuterze, ale chodziłem na koncerty. I wciąż chodzę; i wciąż dobrze się bawię (i zawsze mam gwizdek):

(jeszcze trzeszcze; no dobra trzeszczałem, bo to lato '22, ale później byłem jeszcze na ich koncertach, gdzie bawiłem się równie pysznie)
Na koncercie ze zdjęcia zagrali Co oni nam dają, co mnie bardzo ucieszyło, bo bardzo lubię ten utwór; na żywo słyszałem go tylko raz - właśnie w "Koperniku" (przynajmniej innych razów - z tych kilkudziesięciu koncertów na których byłem na przestrzeni 31 lat - nie pamiętałem). Podzieliłem się tym z Robalem po koncercie - zdziwiło mnie, że pamiętał tamten koncert.
Mam nadzieję, że uda mi się ich w tym jubileuszowym roku zobaczyć.
A nową płytę przesłucham z ciekawości w strumieniu u dzieci.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)