Owsiak się skończył. Koniec WOŚP. Łatwogang i Bedoes pozamiatali.
Tak wyglądał przez ostatnie godziny jeden z bardziej żenujących odruchów polskiego internetu, który nawet z najpiękniejszej akcji potrafi w pięć minut zrobić pałkę do okładania człowieka, którego nienawidzi od lat.
Owsiak się nie skończył. WOŚP się nie skończyła. Ani Łatwogang, ani Bedoes tak nie myślą i końca Owsiaka nie chcą. A ja w poniedziałek, po kilku dniach oglądania czegoś, czego dawno w polskim internecie nie widziałem, po kilku dniach wzruszenia, zdumienia, śmiechu, bezsenności, wielkich emocji i poczucia, że uczestniczymy w czymś naprawdę pięknym, przywitam się dzisiaj z Wami najprościej, jak można.
Siema.
Bo gdy jedni próbują już ustawiać trumnę dla WOŚP, ja widzę coś dokładnie odwrotnego. Widzę nową energię, która nie przyszła po to, żeby zabić Orkiestrę, tylko żeby dołożyć do niej drugie skrzydło. Widzę młodych ludzi, którzy pokazali, że potrafią otworzyć serca i portfele w skali absolutnie spektakularnej. Widzę Łatwoganga, Bedoesa i ludzi wokół nich, którzy zrobili coś wielkiego dla dzieci chorujących na raka, a nie coś przeciwko Jurkowi Owsiakowi. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to znaczy, że bardziej interesuje go wojna plemienna niż chore dzieci.
Spędziłem na tym streamie kilka dni. Oglądałem go długo, czasami z niedowierzaniem, czasami z uśmiechem, czasami z tym dziwnym wzruszeniem, które człowiek czuje wtedy, gdy widzi autentyczność, a nie kampanię wizerunkową. Dawno nie oglądałem w internecie nic tak pięknego. Mam ogromną nadzieję, że z tej akcji zostanie coś stałego i że 26 kwietnia, zgodnie z tym, co zapowiedział Łatwogang, będzie co roku dniem walki z rakiem u dzieci. Jeżeli co roku uda się zebrać wielkie pieniądze, jeżeli co roku internet, muzyka, streaming, raperzy, twórcy, fani i ludzie dobrej woli będą robić taki szturm serca na obojętność, to będzie jedna z najlepszych rzeczy, jakie wydarzyły się w polskiej sieci.
Właśnie dlatego tak obrzydliwe jest to, jak szybko część ludzi próbowała przykleić do tej akcji własną nienawiść. Ledwo opadły emocje, ledwo licznik przestał przypominać coś, co bardziej pasuje do budżetu państwowej instytucji niż do streama z internetu, a już zaczęło się stare, zatęchłe, polskie „umarł król, niech żyje król”. Jakby Jurek Owsiak leżał już pod respiratorem historii, jakby WOŚP właśnie została wyniesiona bocznym wyjściem, jakby jeden wielki sukces młodych twórców musiał automatycznie oznaczać klęskę kogoś, kto od ponad trzydziestu lat zbudował w Polsce największy społeczny odruch dobra.
Tymczasem król ma się bardzo dobrze. I w tej historii w ogóle nie chodzi o koronę.
Najbardziej przewidywalnie zachowała się ta część prawicy, która od lat ma na punkcie Owsiaka coś więcej niż polityczną niechęć. To jest obsesja, stan zapalny, prywatna wysypka ideologiczna. Joanna Lichocka wykorzystała akcję Łatwoganga do ataku na rząd Tuska, sugerując, że trzeba zbierać pieniądze, bo Tusk nie chce ich dać na chore dzieci. Naprawdę trudno o większą bezczelność ze strony osoby z obozu politycznego, który przez lata pompował miliardy publicznych pieniędzy w media publiczne zamienione w propagandową maszynę, podczas gdy polska onkologia, psychiatria dziecięca i wiele innych obszarów ochrony zdrowia wciąż potrzebowały pomocy nie mniej niż dzisiaj. To nie pani Lichocka będzie mnie pouczać o dzieciach, pomocy i moralności publicznych pieniędzy, bo wszyscy pamiętamy tamten środkowy palec pokazany w Sejmie po głosowaniu w sprawie pieniędzy dla TVP. Ten gest został w pamięci wielu ludzi nie jako lapsus, tylko jako symbol całej epoki.
Jeszcze gorsza była fala tych triumfalnych komentarzy, które próbowały wmówić ludziom, że oto jeden chłopak w kilka dni zebrał prawie tyle, ile wielka machina WOŚP, więc Owsiak może już pakować kartony. Po pierwsze, to nie jest „jakiś chłopak”. To jest jeden z najpopularniejszych twórców streamingowych w Polsce, człowiek, który potrafi skupić wokół siebie gigantyczną społeczność. Po drugie, obok niego stanął Bedoes, jeden z najważniejszych raperów swojego pokolenia, artysta o zasięgu, który dawno wykroczył poza wąską bańkę hip-hopu. Po trzecie, za tym streamem ruszył cały ekosystem internetu, twórców, marek, fanów, gości, viralowych momentów, spontanicznych wyzwań, emocji i natychmiastowych płatności, czyli dokładnie ten świat, którego nie było wtedy, gdy Owsiak zaczynał.
Porównywanie tych dwóch rzeczy jeden do jednego jest manipulacją albo ignorancją. Najczęściej jednym i drugim.
WOŚP zaczynała w 1993 roku, w szaroburym świecie pierwszych lat polskiej transformacji, kiedy w wielu domach liczyło się każdą złotówkę, telefony komórkowe były luksusem, internet był abstrakcją, a szybka płatność z telefonu brzmiałaby jak opis gadżetu z filmu science fiction. Nie było Facebooka, Instagrama, TikToka, polskiego YouTube’a, BLIKA, kodów QR, eSkarbonek, viralowych relacji, przelewów na numer telefonu i tego całego natychmiastowego impulsu, który dzisiaj decyduje o sile internetowej zbiórki. Była puszka, serduszko, telewizja, radio, sztaby, szkoły, domy kultury, lokalne społeczności i człowiek, który potrafił zbudować język pomagania w kraju, który dopiero uczył się wolności.
Orkiestra miała za sobą kilkanaście Finałów, zanim YouTube dostał polską wersję. Miała za sobą osiemnaście Finałów, zanim Facebook stał się w Polsce naprawdę masowy. Gdy Instagram zaczął być zauważalny w polskich badaniach, WOŚP grała już od dwudziestu lat. Kiedy TikTok zaczął realnie rządzić uwagą młodych ludzi, Orkiestra była instytucją społeczną z ponad ćwierćwieczem historii. BLIK pojawił się w Polsce dopiero po dwudziestu dwóch latach działania WOŚP, a wpłaty BLIKIEM na Orkiestrę zaczęto komunikować dopiero przy 26. Finale. Przez ponad dwie dekady Owsiak robił więc coś, co dzisiejszym specjalistom od „łatwego porównania” nawet nie mieści się w głowie: zbierał ogromne pieniądze bez infrastruktury, która dzisiaj pozwala wpłacić komuś dwieście złotych w czasie krótszym niż napisanie złośliwego komentarza.
I właśnie dlatego wczorajszy stream Łatwoganga i Bedoesa był tak fascynujący. On pokazał siłę nowego świata, ale też pokazał, jak bardzo ten nowy świat korzysta z narzędzi, których Owsiak przez większość swojej drogi po prostu nie miał. Widać to było najlepiej wtedy, gdy padały strony do szybkich płatności i nagle ruch pieniędzy wyraźnie zwalniał, bo zostawał zwykły przelew bankowy, czyli coś, co w epoce natychmiastowego impulsu działa jak hamulec ręczny zaciągnięty przy dużej prędkości. W streamingu liczy się moment. Emocja. Gość na kanapie. Krzyk czatu. Licznik, który rośnie na oczach wszystkich. Decyzja podjęta w pięć sekund. WOŚP przez lata musiała ten sam impuls społeczny wywoływać w świecie znacznie bardziej opornym, wolniejszym i bardziej analogowym.
Do tego dochodzi skala, której nie da się zbyć jednym ironicznym postem. WOŚP zebrała od początku swojego istnienia blisko 3 miliardy złotych. To są liczby, które nie biorą się z jednego viralowego tygodnia, tylko z trzydziestu kilku lat zaufania, konsekwencji, ataków, powrotów, sporów, kontroli, transparentności, pracy sztabów i dziesiątek tysięcy ludzi, którzy co roku wychodzą z puszkami na mróz, deszcz, wiatr, śnieg albo zwykłą polską styczniową szarość.
Łatwogang i Bedoes bardzo słusznie myślą o rapowym festiwalu, który mógłby wspierać ich inicjatywę. To świetny pomysł. Tylko że Jurek Owsiak taki festiwal robi od 1995 roku. Najpierw jako Przystanek Woodstock, potem jako Pol’and’Rock Festival. Odbyło się już 31 edycji, przez które przewinęło się kilkadziesiąt milionów ludzi. To nie jest dodatek do WOŚP. To jest osobny, wieloletni fenomen kultury, muzyki i wspólnoty.
Dlatego wszystkim, którzy od rana z triumfem ogłaszają „koniec Owsiaka”, proponuję zimny prysznic z danych. Nie po to, żeby umniejszyć Łatwogangowi i Bedoesowi, bo ich akcja była wielka, piękna i być może historyczna. Przeciwnie, właśnie dlatego trzeba ją chronić przed ludźmi, którzy chcą ją zamienić w narzędzie swojej małej wojny. Niech oni budują własną tradycję. Niech 26 kwietnia naprawdę stanie się dniem walki z rakiem u dzieci. Niech co roku zbierają więcej. Niech przebiją WOŚP, jeśli potrafią. Ja będę im kibicował z całego serca, bo w pomaganiu nie obowiązuje limit sukcesu. Im więcej takich skrzydeł, tym lepiej.
Ale nie pozwalajmy udawać, że nowe skrzydło musi najpierw wyrwać stare.
Najpiękniejsze w tym streamie było dla mnie coś jeszcze. On pokazał, że są w Polsce światy, które prawie się nie znają. Młodzi widzowie nie wiedzieli, kim jest Monika Olejnik i część ludzi ze starych mediów. Tradycyjny show-biznes i tradycyjne media przecierały oczy ze zdumienia, patrząc na twórców, których obecność powodowała gigantyczne wpłaty, choć wielu starszych odbiorców nie miało pojęcia, kim oni są. Jedni patrzyli na drugich jak na przybyszów z innej planety, a jednak przez kilka dni ta planeta działała lepiej niż niejeden państwowy system komunikacji społecznej.
Były też momenty cudownego połączenia tych dwóch światów. Borys Szyc podbił serca widzów tak naturalnie, że czat właściwie nie chciał go wypuścić. Siedział tam nie jak celebryta oddelegowany do wykonania gestu, tylko jak człowiek, który rozumie emocję miejsca, ludzi i sprawy. Wyszedł dopiero wtedy, gdy naprawdę musiał jechać na plan. I właśnie w tym zobaczyłem coś ważnego: stary świat mediów, kina i telewizji nie musi walczyć z nowym światem streamingu, internetu i rapu. One mogą się spotkać, jeśli po obu stronach nie ma pogardy.
Borys Szyc czuje się pewnie równie dobrze przy Jurku Owsiaku, jak przy Łatwogangu i Bedoesie. I takiego świata chcę. Świata, w którym nie trzeba wybierać między WOŚP a młodymi streamerami, między Pol’and’Rock a rapowym festiwalem, między serduszkiem na kurtce a linkiem do zbiórki pod streamem. Świata, w którym energia młodych nie musi zaczynać od symbolicznego zabijania starszych, a doświadczenie starszych nie polega na protekcjonalnym poklepywaniu młodych po głowie.
Piszę to także bardzo osobiście. Od lat jestem fanem tego, co robią twórcy internetowi, streamerzy, ludzie nowych mediów. Między innymi dlatego powołałem do życia “Best Stream Awards”, festiwal, który od pięciu lat nagradza twórców z sieci i pokazuje, że to nie jest jakaś zabawa dzieci z telefonami, tylko pełnoprawna część współczesnej kultury, mediów i rozrywki. Ale jednocześnie moim idolem był i pozostaje Jurek Owsiak. Byłem z Orkiestrą od pierwszej edycji. Mam do niej wyjątkowy sentyment także dlatego, że właśnie WOŚP była moją pierwszą telewizyjną relacją na żywo jako korespondenta. Relacjonowałem pierwszy Finał, a potem wielokrotnie na różne sposoby brałem udział w tym, co przez lata rosło z akcji w fenomen społeczny.
Dlatego nie dam sobie wmówić, że muszę dzisiaj wybierać.
Nie wybieram. Kibicuję Łatwogangowi. Kibicuję Bedoesowi. Kibicuję wszystkim, którzy pomagali im przy tym streamie. Kibicuję temu, żeby zebrali za rok jeszcze więcej, żeby zrobili festiwal, żeby 26 kwietnia stał się datą, którą będą znały miliony młodych ludzi. I kibicuję Jurkowi Owsiakowi, który po tej akcji, jak sam już mówił, na pewno będzie wyciągał wnioski, uczył się nowych narzędzi, patrzył na młodych z ciekawością, a nie z lękiem, i zrobi wszystko, żeby WOŚP zbierała jeszcze więcej.
Bo o to przecież chodzi wszystkim ludziom dobrej woli. Nie o to, kto komu postawił nagrobek w internecie, tylko ile dzieci dostanie realną pomoc.
Owsiak się nie skończył. Łatwogang i Bedoes nie przyszli go zastąpić. Przyszli pokazać, że w Polsce wciąż można poruszyć ludzi do czegoś dobrego na skalę, która zawstydza cyników, partyjnych harcowników i zawodowych producentów nienawiści.
A jeśli ktoś po takim streamie naprawdę myśli głównie o tym, jak dowalić Owsiakowi, to znaczy, że przesiedział kilka dni przed największym odruchem serca w polskim internecie i nie zrozumiał z niego absolutnie nic.
Żródło: Radek Kobiałko Nadaje, facebook.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)