A pogoda jest w kratkie… A rzekłbym nawet, że we szkockie kratkie (ot wczoraj było wspomnienie świętego Patryka, ale czy w Irlandii nosi się kratki? pewnie piwa). Dziś, na ten przykład, jest pięknie, jasno, przejrzyście; drobne płatki śniegu wirują w słońcu, by po chwili za tło do swego tańca mieć stalowe chmury - ot taka nagła zmiana dekoracji: brzydko, ciemno, mętnie.
Wczoraj - deszcz od rana, no a wieczorem wdarły mi się jeszcze przez okno Błysk, Grzmot i Cisza. Ta ostatnia została na dłużej. Nieudane preludium, czy może próba generalna przed Pierwszą Wiosenną Burzą? Nie wiem. W niedzielę siąpiło, ale za to w sobotę - ach! w sobotę to było prze-cu-do-wnie! Słońce, ciepło, zapachy, ptaszki, spódniczki, no po prostu taka wiosna, że ho-ho! Więc udałem się swoim zwyczajem na przechadzkę…
Wychodzę z miasta. Ale żeby wyjść z miasta trzeba wpierw przejść przez granicę jednym z trzech mostów. Szedłem już wszystkimi, nawet tym kolejowym, którym dwa razy na dzień przetacza się pociąg relacji Katowice - Český Těšín - Katowice. No to przechodzę przez most, ten główny, zaraz przy zamku i idę Zamkową, a most prowadzi mnie na Hlavní-Główną - bo od niecałego roku raptem wszystkie ulice w zaolziańskiej części miasta mają podwójne czesko-polskie nazewnictwo. Pod koniec stycznia "Karvinský deník" poinformował czytelników, że mieszkaniec Czeskiego Cieszyna, który w grudniu zeszłego roku umieścił na płocie dwie dodatkowe tablice, czesko-słowacką i czesko-niemiecką, nie zostanie jednak ukarany. Mała szkodliwość społeczna czynu. A faceta doprowadził pewnie do szału ten nagły powrót polskich nazw po siedemdziesięciu latach. Zamówił przeto i-den-tycz-ne - jak te magistrackie - szyldy, przyśrubował i głosi teraz światu, że Dlouhá to nie tylko Długa, ale i Dlhá, a i Langestraße.
Właśnie gdzieś w okolicach tej czterojęzycznej łapię niebieski szlak, który wiedzie mnie pomiędzy małymi jednorodzinnymi domkami i monstrualnymi blokami z wielkiej płyty. Po drodze sklepik, w sklepiku lada, za ladą pan kupiec, a za nim - a za nim wystają ze ściany cztery kurki Apokalipsy. A z każdego kurka inne wino ciecze: białe wytrawne, czerwone wytrawne, owocowe słodkie i to czwarte, i to czwarte… Nie, nie wezmę go, wybieram to drugie. I już wcieka, i już wypełnia sobą półlitrową plastykową buteleczkę - będzie nam raźniej we dwóch. Mi i winu. Mijamy cmentarz. Cmentarz symbolizuje koniec, wszelaki koniec, na przykład koniec miasta.
Nieuczesane po zimowym śnie łąki, rozległe kałuże, szare domki. Obok przejeżdża rowerzysta, pan pod sześćdziesiątkę, w kaloszach na nogach, w apaszce pod szyją. Chłopcy grzebią patykami w błocie. W oddali biegnie pies. Ktoś pali ognisko, powoli dochodzi mnie zapach dymu. Docieram do Kościelca (razem z winem). Do miejsca, na które 11 września 1932 roku trąba powietrzna ściągnęła z nieba na ziemię - nomen omen - Żwirka i Wigurę. Zagajnik, w którym RWD 6 zakończył swój ostatni lot, miejscowi nazwali Żwirkowiskiem i pielgrzymują tam co roku w rocznicę katastrofy. Pomnik i dwa symboliczne groby. Otwieram butelkę i parę czerwonych kropel zrasza ziemię.
- To dla Was, dzielni Lotnicy, dla Was, wspaniali Tryumfatorzy Challenge'a. Dla Ciebie Panie Poruczniku i dla Ciebie Panie Inżynierze. Dla Ciebie Panie Pilocie RWD 6 i dla Ciebie genialny Konstruktorze. Kropla dla Ikara, kropla dla Dedala. Za pamięć o Was i za moje zdrowie. I żeby już nie padało. Nigdy więcej śniegu! Nigdy więcej wigury Panie Wichura! ni-gdy-wię-cej! Już nigdy, nigdy nie będę pisał listów do ciebie. Już nigdy nie załkam w poduszkę z twoim imieniem na ustach. Już nigdy, nigdy (powtarzam się, cholera, za Świetlikiem), ale to prze-nig-dy!
W pogodny sobotni wieczór pogodny wracam do Cieszyna. Niebo gwiaździste nade mną, a wino wytrawne we mnie. Szur szur szur. Drzewa wzdłuż szosy, snopy reflektorów z naprzeciwka, łuna miasta. A kratka? Krátká włóczęga - krótki vandr. Ale fajnie!
__________
Niniejszy tekst stanowi kontynuację cyklu "EtnoDziennik pisany po niewczasie", który ukazywał się w miesięczniku "op.cit." w latach 2002-04.


Komentarze
Pokaż komentarze