Nie bardzo wiem dlaczego wybory do gmin i sejmików nazywają ludzie samorządowymi - pewnie dlatego, że komuś pomyliła się samodzielność z brakiem odpowiedzialności ale skoro tak, to wypada o zbliżającym się kolejnym "święcie demokracji" kilka słów napisać.
Tak mamy w Polsce ułożone prawo, że samorząd w istocie żadnym samorządem nie jest - może działać w dość sztywno określonych ramach kompetencji jakimi obdarzyły ich w swej nieprzebranej mądrości panowie posłowie i panowie posłanki.
Za tymi kompetencjami idą środki konieczne do wykonywania określonych zadań - niewystarczające jak to zwykle w Polsce bywa, ale też przyznać trzeba, że i tych zadań zbyt wiele samorząd do wykonania nie ma.
Państwo bowiem - a ściśle rządząca nim grupa najświatlejszych naszych obywateli - słusznie obawia się, że nadmiar kompetencji dla samorządów spowoduje nieuchronnie wzrost ich znaczenia a nie po to najtęższe w Polsce umysły trudzą się nad obmyślaniem sposobów odbierania obywatelom pieniędzy, żeby je później trwonić na jakieś tam bzdety w rodzaju na przykład zabezpieczeń przeciwpowodziowych.
Samorząd (za dużo powiedziane - chodzi przecież o posady w nim) więc jawi się jako albo sposób na przetrwanie chudszych lat albo jako synekury dla co bardziej zasłużonych dla którejś z czterech frakcji rządzącej monopartii.
Co zresztą procentuje tym, że można potem opowiadać o "doświadczonych kadrach" i "realnym działaniu na rzecz lokalnych społeczności".
Jest oczywiście całkiem spora grupa samorządowców nie mających pośredniego czy bezpośredniego namaszczenia władców Polski ale z jednej strony i oni traktują załapanie się do sejmików czy rad gminnych jako poboczną fuchę a z drugiej - są to nieuniknione koszty demokracji: "przypadkowi" ludzie pełniący funkcje obsadzane w wyborach.
Jest też całkiem liczna grupa ludzi traktujących swoją pracę w samorządzie poważnie a diety temu towarzyszące nie są głównym motorem ich działania ale to (dość szeroki co prawda) tylko margines. Również z powodu wspomnianych niewielkich kompetencji i środków jakimi mogą dysponować.
Nie żebym poczuwał się uprawnionym do udzielania porad ale chciałbym zwrócić uwagę na dwie ważne a pozornie wykluczające się rzeczy.
Pierwszą ważną rzeczą - o której już nikt niemal nie pamięta to:
Samorządy to nie polityka
A przynajmniej praca w nich nie powinna być polityką.
Nie ma niczego wspólnego sprzątanie ulic czy naprawianie gminnych dróg z prawicą czy lewicą - jest tylko albo rozsądne gospodarowanie określonymi środkami albo ich trwonienie.
Nie jest kwestią polityczną organizacja wywozu śmieci - mają być uprzątnięte sprawnie i jak najmniejszym kosztem.
Są ludzie rozsądni - prący choćby do poprawy wspomnianego bezpieczeństwa przeciwpowodziowego i durnie dla których szczytem inwencji i dbałości o miasto jest wyłożenie kostką miejskich chodników czy budowa utrudniających ruch wysepek na drogach.
No - ale szwagier w jakimś przecież celu założył firmę produkującą tę kostkę czy też ją układającą...
Samorząd to nie organizowanie pomocy społecznej a organizowanie warunków życia - możliwie najbardziej ludziom nie tyle może przyjaznych ile najmniej wrogich.
Wbrew pozorom - prawidłowa (czyli sprawna i tania) organizacja to w istocie właśnie najlepiej rozumiana pomoc społeczna - ogranicza bowiem zakres w jakim jest ona (ta pomoc) konieczna.
Pisząc krótko a obrazowo - jeśli do dyspozycji jest kwota X i za nią można albo przez jakiś czas żywić kilka rodzin albo wybudować przeprawę przez rzekę dzięki czemu wspomoże się handel i produkcję to należy bezwzględnie wybrać do realizacji przeprawę bo dzięki temu rodzin wymagających pomocy będzie X minus n.
Dlatego już na starcie wypada odrzucić ludzi w kampanii wyborczej epatujących ludzkim nieszczęściem i szafujących obietnicami jak też to pod ich wodzą ich los się poprawi.
Nie poprawi się bo jakakolwiek poprawa zależy od możliwości pracy i zarobku a nie od tego czy ktoś komuś współczuje czy "się troszczy".
A politykujący samorządowcy dbać będą o "wizerunek partii" i realizować zadania, jakie zleci im partyjna centrala.
Drugą rzeczą, którą uporczywie eliminuje się ze świadomości to że:
Samorząd to siła
W samorządzie nie ma miejsca na politykowanie ale jest miejsce na wywieranie nacisku na legislaturę.
Może oczywiście to być traktowane (i z całą pewnością będzie jeśli tak się zdarzy) jako "mieszanie się do polityki, ale tylko dlatego, że żyjemy w świecie, w którym każda inicjatywa jest traktowana jako polityczna.
To prosta konsekwencja tego, że polityką zajmuje się w Polsce motłoch wierzący, że produkcja papieru toaletowego powinna być normowana na szczeblu państwowym.
Zapewne można uznać za politykowanie domaganie się konkretnych i szerokich kompetencji dla samorządów a także możliwości ich realizacji przez ograniczenie zdzierstwa fiskalnego i omnipotencji rządu.
Bo jeśli traktować poważnie ideę samorządności to oczywistym obowiązkiem lokalnych działaczy są działania zmierzające do upodmiotowienia lokalnych społeczności i ich reprezentacji co może przynieść tylko pozytywne skutki.
Wypada więc postarać się wybrać ludzi z jednej strony potrafiących i chcących pracować a nie dotkniętych słowotokiem "zawodowych społeczników" szukających synekur a z drugiej - ludzi świadomych tego, że jeśli o zamożności państwa można mówić tylko w kontekście zamożności jego obywateli to o integralność społeczeństwa jest tworzona na poziomie "małych ojczyzn".
A tu pasuje jak mało gdzie powiedzenie:
"Myśl globalnie, działaj lokalnie"
Ale obawiam się, że kampanię zdominuje jak nie wydumana "obrona krzyża" to równie wydumana "wojna polsko-polska", ludzie obiecujący jak nie coś, do czego żaden samorząd uprawnień nie ma i mieć nigdy nie będzie to zmianę Polski przez wybór radnego w Wygwizdowie Górnym.
I oczywiście starzy wyjadacze nawołujący do zmiany i naprawy tego, co "tworzyli" i psuli przez ostatnie lata okupując samorządowe stołki.
Tekst pochodzi w rewelacyjnego portalu wolnepiora.pl


Komentarze
Pokaż komentarze