Leszek. Leszek.
340
BLOG

Czyja jest Polska?

Leszek. Leszek. Polityka Obserwuj notkę 0

Serio pytam - zastanawialiście się może kiedyś nad tym?
Tak sobie po prostu - czyją wasnością jest kraj w którym mieszkamy w kontekście tego, co się w nim dzieje, jak jest zarządzany, jaka w związku z tym czeka nas (ale w sensie "każdego z nas" a nie w sensie kolektywu) przyszłość?
Wiem - wiekszość z was zakrzyknie:
No jak to? My tu przecież wyłącznie o tym!!!

I zapewne w to wierzycie - znaczna większość z nas.
Niestety - nie jest tak co postaram się za chwilę wykazać i posłużę się w tym celu małą dygresją.
Otóż będąc z zasady wrogo nastawiony do wszelkiego rodzaju kolektywizmu i generalizowaia (zwłaszcza w odniesieniu do narodowści) nie mogę jednak oprzeć się uczuciu podziwu a nawet i swego rodzaju "zazdrości" patrząc na Amerykanow.
W skrócie - Jankesi żyją sobie na tych swoich przedmieściach i w miasteczkach organizując na nich życie i dbając o jego społeczny poziom całkowicie sami administrację traktując jako narzędzie.
Wewnętrzne "prawa" stanowione przez samorządy tych społeczności są niemal nie do ruszenia przez administrację - to sami mieszkańcy decydują niemal o wszystkim żądając od państwa, stanu czy hrabstwa lub miasta dostosowania się do ich wymagań.
Zwykle - skutecznie bo też o ile ostatnimi czasy Amerykanie czemuś wyzbyli się nieco "zadziorności" wobec rządu federalnego czy rządów stanowych o tyle w dalszym ciągu poważnie traktują slogan, że wybrane prtzez nich władze lokalne mają obowiązek im służyć i egzekwują to z całą bezwzględnością.
Często nawet i niesformalizowane związki mieszkańców są w stanie przeforsować rozwiązania jakie uznają za wygodne i potrzebne dla siebie za nic mając "dalekosiężne plany" biurokratów i - co w Polskich warunkach niesłychane - to biurokraci zabiegają o poparcie dla swoich planów u spoleczeństwa.
To Amerykanie - obywatele - decydują o tym, jak będzie zorganizowane życie w miejscu gdzie mieszkają a nie lokalni kacykowie co z kolei wymusza nieco inną postawę również i na stanowych i federalnych szczytach.
Skoro więc to ludzie decydują - mają podstawy i pełne prawo mówić, że "Ameryka należy do nich".
Bo mimo medialnego nacisku i wrzasku postępowców dzięki któremu okresowo do władzy dochodzą jak nie Clintony to Obamy i mimo tego, że i republikanie poczynają sobie coraz śmielej w dziele barbaryzacji USA pchając je w socjalizm - tak naprawdę w dalszym ciągu Ameryka należy do Amerykanów i politycy po prostu zdają sobie z tego sprawę.
Stąd spory popłoch budzą u nich ruchy takie jak Tea Party, zdają sobie bowiem doskonale sprawę z tego, że albo się do takich ruchów (mniej lub bardziej) dostosują albo zmiotą ich one i to raczej wcześniej niż później.
Zdaję sobie sprawę oczywiście z uwarunkowań - naterialnych, kulturowych i historycznych wpływających na taką właśnie a nie inną sytuację ale nie o tym piszę, a o tym, że nie ma praktycznie żadnych powodów dla których w Polsce miałoby być inaczej.
Zwłaszcza, że - przynajmniej werbalnie - "wszyscy" wkoło głoszą że do takiej właśie sytuacji dążymy.

W Polsce niestety jej mieszkańcy nie mogą powiedzieć: "Polska jest nasza".
(Dotyczy to zresztą i innych - też nie żyją w swoich państwach)
Nawet i tym, którzy z takim ogniem toczą wydumaną wojnę polsko-polską z pianą na ustach obrzucając przeciwników inwektywami i oskarżaniami tylko wydaje się że tym samym wojują o to, by prawdą było kiedy mówią: "Mieszkam w moim kraju".
W istocie bowiem - czy to "broniąc krzyża" czy to z wyższością przedstawiając się jako "młody, wykształcony... itd" czy też chadzając w tęczowych wdziankach - wszyscy POPISkują na rzecz partyjnych sitw i ich a nie swoich i swoich rodzin interesów.
Bo - czy wam się podoba czy nie a co ważniejsze: czy to rozumiecie czy nie - cztery rządzące od dwudziestu lat Polską partie stanowią w istocie ledwie cztery frakcje monopartii a ta ma na celu tylko i wyłącznie nasze dobro.
Robi też wszystko aby się do niego dobrać, stąd też mimo oficjalnego optymizmu nie tylko mamy tych dóbr relatywnie coraz mniej ale też - zapominając co tak naprawdę stanowi o naszym życiu - żyjemy w państwie i kraju należącym do partii politycznych i ludzi z nimi związanych poświęcając im nasz czas, nasze pieniądze i naszą wolność.
Nie ma żadnej wojny polsko-polskiej - jest wojna polsko-partyjna, nikt żadnego krzyża nie broni (sam się zresztą obroni - jest na to wystarczająco potężny) - jest obrona fikcji wolności wyboru, nikt nie dba o interes ludzi Polskę zamieszkujących - są oni zaledwie uczestnikami życia fiskalnego i "elektoratem".
Dodać trzeba, że elektoratem coraz bardziej otwarcie traktowanym z pogardą - "Lud jest głupi, lud to kupi" nie stanowi wybryku zacietrzewionego pana a jest wyrazem stosunku monopartii do "przypadkowego społeczeństwa".

Może więc - napijcie się na spokojnie herbaty i pomyślcie o tym czyja właściwie jest Polska?
Bo ja i paru moich znajomych uważamy, że jednak moja i Twoja: nasza, a rozparci w fotelach i pyskujący z wyższością politycy tak naprawdę mają za zadanie służyć a nie rządzić.

 

 

Rzecz jasna - ten artykuł pochodzi z portalu Wolne pióra gdzie można poczytać i inne, równie ciekawe a nawet i samemu napisać co tam komu w duszy gra...

Leszek.
O mnie Leszek.

Osobnicy o inteligencji niższej lub równej inteligencji owczarka niemieckiego, trolle a także gawędziarze nie potrafiący rozpoznać meritum notki na tym blogu banowani są niezwłocznie i z przyjemnością.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka