Leszek. Leszek.
298
BLOG

Pragmatyka ściemniania II

Leszek. Leszek. Polityka Obserwuj notkę 1

Współcześni geniusze od public relations przekonani są o swojej wyjątkowości i nie zdają sobie chyba sprawy z tego, że ludzie byli tumanieni w dokładnie taki sam sposób przez prehistorycznego wodza szczepu mieszkającego w jaskiniach, starożytnych satrapów, "jaśnie oświeconych" monarchów i teraźniejszych "mężów stanu".
Techniki szalbierstwa są takie same, metody również, tyle tylko, że zmieniły się narzędzia.
Uderzenie maczugą jest równie skuteczne jak detonacja bomby jądrowej rolę telewizji i gazet pełniła religia a przekupienie udźcem dzika niczym nie różni się od przekupstwa przelewem na konto na jakichś Kajmanach.
Czy w Banku Ambrosiano.
No dobrze, zobaczmy jak też Konstantyn zabrał się do "zbożnego dzieła" tworzenia papiestwa..
Rzecz jasna - ani mu w głowie było zostawać chrześcijaninem bo i po co niby? 
Przekaz o tym, że "nawrócił się" na łożu śmierci jest równie wiarygodny jak i inne katolickie legendy.
Konstantynowi chodziło wyłącznie o liczną (i zamożną) "grupę społeczną" na której mógłby  oprzeć budowę imperium nowego typu.
Ludzie łyknęli opowieść Kostka o tym, jak to objawił mu się Jezus przed bitwą przy moście Mulwijskim która zdecydowala o jego przeszłej pozycji.
Oto objawił mu się ponoć Jezus - Bóg twierdzący z uporem że innego prócz niego Boga nie ma, każe mu nawet narysować na tarczach żołnierzy znak, który zapewni im zwycięstwo i... nic :)
Pozostaje sobie w najlepsze poganinem, z pogańskimi swoimi obyczajami i dążący do pogańskich swoich celów jakby nigdy nic.
Paweł kiedy objawił mu się Jezus parę dni nie mógł dojść do siebie i stał się innym człowiekiem a ten - pełen luzik.
Od tametego czasu zdaje się datować trzeba przejście Boga na służbę do ludzi mających dość buty by tego żądać.
Konstanty trafnie oceniwszy potencjał jaki miało w sobie chrześcijaństwo rozumiał jednak, że w formie o jakiej mówił Jezus jest ono dla niego bezużyteczne. Uznał więc jak najsłuszniej, że trzeba je poprawić i to w niektórych aspektach dość znacznie.
Kłopot bowiem był w tym, że chrześcijaństwo odnosi się wyłącznie do sfery moralności stawiając na pierwszym miejscu wolną wolę człowieka a Konstantynowi potrzeba było czegoś, co pełnić będzie rolę państwowotwórczą i to w sposób dla ludzi niedostrzegalny.
Wolność i jednocześnie pełna zgoda na istnienie wysoko zorganizowanego przymusu.... Tym wyżej zorganizowanego, że poza zwykłym jego przejawem - przemocą fizyczną, zasadniczą rolę miało w pełnić przekonanie ludzi o jego konieczności. I to przekonanie tak głębokiem że sama myśl o możliwości innego porządku świata powinna budzić grozę.
Coś jak panaheglowa "uświadomiona konieczność" czy Orwellowskie dwójmyślenie w jednym.
Marzenie wszystkich władców :)
Przyznacie, że to dość ambitne zadanie: sprawić aby rzeczy wzajemnie się wykluczające w ludzkiej świadomości zaczeły funkcjonować jako nie tylko się uzupełniające ale wręcz jako wzajemnie ze sobą powiązane, z siebie nawzajem wypływające i od siebie zależne.
Parę lat trwało, zanim Konstantym i najęci przez niego pierwowzory jezuitów wmontowali w naukę Jezusa parę solidnych haków służących do powieszenia na nich niczego nie podejrzewających ludzi.
Niewiele krócej też trwało, zanim wymyślono jak te haki przedstawić aby wyglądały na integralną część nauki a nie na to, czym były w istocie.
Ale - udało się.
Okazji dostarczył Ariusz.
Ariusz - jak to teolog - opowiadał ludziom rzeczy niewiele mające wspólnego z rzeczywistością (i prawdą), Teologowie bowiem mówią to, co im się wydaje, że chciał ludziom powiedzieć Bóg a nie to, co ten Bóg rzeczywiście powiedział.
Kłopot w tym, że przemyślenia Ariusza padały na podatny bo dość jałowy grunt a to wywoływało spory a nawet kłótnie i prowadziło do podziałów.
Nic w tym złego nie ma do czasu kiedy nie koliduje to z planami wielkich (jak Konstantyn) ludzi ale dla Kostka akurat stanowiło to wymarzoną okazję, by przedstawić ludziom "właściwą" wersję chrześcijaństwa.
Chrześcijaństwo w wersji 2.0,i co prawda beta ale za to wersja z racji solidnego wsparcia technicznego (legiony!) stabilna i co ważniejsze - gotowa do rozbudowy.
Twórczo zastosował Kostek zapis Nowego Testamentu mówiący o zwołaniu soboru w Jerozolimie dla wyjaśnienia pewnej doktrymalnej kwestii (i mniejsza z tym, że kwestia ta  raz wyjaśniona - a raczej argumenty jakie posłużyły do jej wyjaśnienia - raz na zawsze wykluczała w ogóle możliwość zaistnienia innych spornych kwestii) i zwołał na 20 maja 325 r. w Nikai sobór.
Zwie się to teraz Pierwszym Powszechnym Soborem w Nicei.
Co prawda parę lat później inny polityczny geniusz  - Hildebrand stwierdził stanowczo że prawo zwoływania soborów przysługuje jedynie papieżom (i że - co oczywiste - zawsze tak było) ale już nie bądźmy dribiazgowi.
Tak więc PPS w Nicei zwołał człek nawet chrześcijaninem nie będący a ówcześni purpuraci skwapliwie stawili się na wezwanie.
PPS w Nicei miał konkretne zadania:
1. Ostatecznie "ustalić" że Jezus jest tym samym Bogiem co Jahwe - czyli dogmat o Trójcy
2. Nieoficjalny - integrację imperium tym razem dzięki pomocy nowatorsko zastosowanej mieszance polityki i religi.

Rzecz jasna - całej imprezie przewodniczył Konstantyn (no co za szkoda że nie zachowała się opinia  Hildbranda na ten temat...) a kiedy był nieobecny (czyli wtedy, kiedy uradzano o kwestiach mniej istotnych, np. wyznanie wiary) zastępował go niejaki Hozjusz - przedstawiciel zachodu, będącego w mniejszości.

Nie "zachowały się" żadne dokumenty z tego wydarzenia z wyjątkiem kilku sporządzonych przez Euzebiusza z Cezarei (głównego pomagiera Konstantyna - podczas obrad PPS to on faktycznie nimi kierował) i Atanezego Wielkiego z Aleksandrii - zagorzałego wroga poglądów Ariusza.
Nie ma się co dziwić temu ubóstwu dokumentów - ostatecznie to zwycięzcy piszą historię a dla nich ważne było to, że zaczęły obowiązywać przepisy sporządzonego tam prawa kanonicznego.

Konstantyn osiągnął swój cel - doprowadził do "zjednoczenia" kościoła katolickiego (który wówczas jeszcze się tak nie nazywał), stworzył podwaliny do ustanowienia w nim władzy absolutnej, zyskał całkiem dużą i dość wpływową grupę zwolenników i stworzył sobie posłuszne i skutrvxne narzędzie do wywierania wpływu w polityce wewnętrznej.
Osiągnął to nawet nie będąc chrześcijaninem a nawet człowiekiem dość na trancendencję obojętmym - ostatecznie sam został zaliczony w poczet bogów co musiało go bawić.
Zdawać by się mogło że postępowanie Konstantyna było ze wszech miar słuszne - nic bowiem złego nie może być w tym, że kościół się zjednoczy i że nadano mu jakąś tam jednolitą formę i nic przy okazji dziwnego w tym, że kościół ten (a ściśle - jego przedstawiciele) żywili dla Konstantyna wdzięczność i popierali władcę, który zakończył religijne prześladowania.
Pozornie - w istocie bowiem "jedność" może opierać się jedynie na jedności poglądów i wierności im a Konstantyn działał nie dla dobra kościoła w wyłącznie dla dobra własnego cynicznie wypaczając to, czemu kościół miał służyć i fałszując jego przesłanie.

O czym szerzej w kolejnej notce.

Leszek.
O mnie Leszek.

Osobnicy o inteligencji niższej lub równej inteligencji owczarka niemieckiego, trolle a także gawędziarze nie potrafiący rozpoznać meritum notki na tym blogu banowani są niezwłocznie i z przyjemnością.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka